Zanadto byłam przyzwyczajona zajmować się sama sobą, doprowadzać do porządku sprawy mego serca i umysłu i rozmawiać o tym z podobnie myślącymi osobami, ażebym rozpatrując uważnie jakieś dzieło sztuki, nie zwróciła się niebawem ku sobie. Byłam przyzwyczajona patrzeć na malowidło lub miedzioryt tak tylko, jak na litery w książce. Piękny druk podoba się zapewne, ale któż weźmie książkę dla samego druku? Tak też i obraz musiał mi coś powiedzieć, musiał mnie nauczyć, wzruszyć, udoskonalić; pomimo wszystkiego, co powiadał stryj w listach, w których objaśniał swoje dzieła sztuki, trwałam przy swoim dawnym poglądzie.

Więcej jednak niż moja natura od takich rozmyślań, a nawet na chwilę ode mnie samej, odciągały mnie zdarzenia zewnętrzne, zmiany w mojej rodzinie; musiałam cierpieć i działać więcej, niż może mogły znieść moje słabe siły.

Moja niezamężna siostra była mi dotychczas prawą ręką; zdrowa, silna i nieopisanie uprzejma, wzięła na siebie trudy gospodarowania, gdy ja zajmowałam się osobiście pielęgnowaniem starego ojca. Dostaje kataru, z którego rozwija się choroba piersiowa i w trzy tygodnie spoczywa już na marach; śmierć jej zadała mi rany, po których blizny dziś jeszcze mi dolegają.

Leżałam chora w łóżku, zanim ją pogrzebano; dawna choroba piersi zdawała się powracać, kaszlałam gwałtownie i tak ochrypłam, że zgoła nie mogłam dobyć głośnego tonu.

Siostra zamężna z powodu przerażenia i smutku za wcześnie odbyła połóg. Stary ojciec lękał się utracić zarazem dzieci i nadzieję potomstwa; jego słuszne łzy powiększały moje cierpienia, błagałam Boga o przywrócenie mi znośnego zdrowia i prosiłam, by zechciał przedłużyć mi życie aż do śmierci ojca. Wyzdrowiałam i czułam się dobrze, mogłam znowu spełniać obowiązki, chociaż tylko w sposób niedostateczny.

Moja siostra znowu była przy nadziei. Pewne strapienia, które w takich wypadkach powierza się matce, zostały przekazane mnie; żyła z mężem niezupełnie szczęśliwie, miało to być tajemnicą dla ojca; musiałam być rozjemczynią, a mogłam być tym łatwiej, że szwagier miał do mnie zaufanie i oboje byli w istocie dobrymi ludźmi, tylko że oboje zamiast sobie wybaczać drażnili się nawzajem i z pragnienia zupełnego zżycia się ze sobą nie mogli nigdy dojść do zgody. Otóż nauczyłam się traktować poważnie i sprawy światowe i wykonywać to, o czym dawniej jedynie śpiewałam.

Siostrze urodził się syn; słabość mego ojca nie przeszkodziła mu pojechać do niej. Ujrzawszy dziecko, był niesłychanie wesół i zadowolony, a przy chrzcie wydał mi się wbrew swemu zwyczajowi jakby natchniony jak, że tak powiem, duch o dwu obliczach. Jednym patrzył radośnie naprzód w te krainy, do których wejść niebawem się spodziewał, drugim na nowe, pełne nadziei życie ziemskie, powstałe w chłopcu, który od niego pochodził. W drodze powrotnej niestrudzenie rozmawiał o dziecku, o jego postaci, o jego zdrowiu i życzeniu, żeby zdolności tego nowego obywatela świata rozwijały się pomyślnie. jego rozmyślania na ten temat trwały i dalej, gdy przybyliśmy do domu, i dopiero po kilku dniach dostrzegliśmy jakąś gorączkę, która objawiała się po jedzeniu, bez ziębienia, osłabiającą trochę gorącem. Nie położył się jednak, rano wyjeżdżał i załatwiał gorliwie swoje sprawy urzędowe, aż go wreszcie powstrzymały od tego przewlekłe, poważne symptomy.

Nigdy nie zapomnę tego spokoju ducha, tej jasności i dobitności, z jaką w największym porządku zajął się interesami swego domu, urządzeniem swego pogrzebu, jakby jakąś cudzą sprawą.

W pogodnym nastroju, który kiedy indziej nie był mu właściwy, a który wzmógł się aż do stopnia żywej radości, rzekł do mnie:

— I gdzież się podziała obawa śmierci, której doznawałem dawniej? Miałbym się wzdrygać przed zgonem? Mam Boga łaskawego, grób nie przejmuje mnie strachem, przede mną życie wieczne.