Z jakąż przyjemnością widziałam odtąd Boga w naturze, gdy nosiłam Go z taką pewnością w sercu, jak zajmujące dla mnie było dzieło rąk Jego i jak byłam wdzięczna, że raczył mi dać życie tchnieniem ust swoich!
Wraz z moją siostrą spodziewaliśmy się znowu chłopca, którego tak tęsknie oczekiwał szwagier, a którego urodzenia nie dożył, niestety. Ten dzielny człowiek zmarł skutkiem nieszczęśliwego upadku z konia, a moja siostra poszła za nim, wydawszy na świat pięknego chłopca. Na czworo pozostawionych przez nią dzieci nie mogłam patrzeć bez smutku. Niejedna zdrowa osoba zeszła przede mną, chorą; może który i z tych pełnych nadziei kwiatów mam widzieć upadającym? Znałam świat dostatecznie, by wiedzieć, wśród ilu niebezpieczeństw dorasta dziecko, zwłaszcza wyższego stanu, i zdawało mi się, że one się zwiększyły jeszcze od czasów mojej młodości w obecnym świecie. Czułam, że wobec swojej słabości niewiele zrobić mogę dla dzieci albo nawet nic zgoła; tym więc bardziej pożądane było dla mnie postanowienie stryja, wypływające naturalnym sposobem z jego trybu myślenia, by całą uwagę zwrócić na wychowanie tych miłych istot. Rzeczywiście, zasługiwały na to pod każdym względem; dobrze były zbudowane i pomimo różnicy wielkiej między sobą wszystkie zapowiadały się na dobrych i rozumnych ludźmi.
Odkąd mój poczciwy lekarz zwrócił mi uwagę, chętnie dopatrywałam podobieństwa rodzinnego w dzieciach i krewnych. Ojciec mój starannie przechował wizerunki swych przodków, kazał siebie i dzieci malować niezłym mistrzom; nie zapomniał też o mojej matce i jej krewnych. Znaliśmy dokładnie cechy całej rodziny, a ponieważ często je porównywaliśmy ze sobą, wyszukiwaliśmy tedy znowu podobieństw w dzieciach pod względem zewnętrznym i wewnętrznym.
Najstarszy syn mojej siostry wydawał się podobny do swego dziadka po ojcu, którego bardzo dobrze namalowany portret młodzieńczy wisiał w zbiorze naszego stryja; i on, tak samo jak dziadek, który był zawsze dzielnym oficerem, niczego bardziej nie lubił niż broń, zajmując się nią ciągle, ilekroć mnie odwiedzał. Ojciec mój bowiem zostawił bardzo piękną szafę z bronią, a malec nie dawał mi spokoju, póki nie podarowałam mu pary pistoletów i strzelby myśliwskiej i póki nie doszedł, jak należy nastawiać zamek niemiecki. Zresztą w postępkach i w całym zachowaniu się nie okazywał bynajmniej dzikości, przeciwnie, był łagodny i roztropny.
Najstarsza córka pozyskała sobie całe moje przywiązanie; może to stąd pochodziło, że wyglądała jak ja i że ze wszystkich czworga najwięcej się do mnie garnęła. Ale mogę powiedzieć, że im dokładniej się jej przypatrywałam, kiedy podrastała, tym bardziej mnie zawstydzała, a spoglądając, nie mogłam się powstrzymać od podziwu, ba, muszę to powiedzieć, od czci nawet. Niełatwo można było zobaczyć szlachetniejszą postać, spokojniejszy umysł i zawsze jednaką ruchliwość, nie skierowaną wyłącznie ku jednemu przedmiotowi. W żadnej chwili życia nie była niezajęta, a każde zajęcie stawało się w jej ręku czynnością coś wartą. Widać było jej wszystko jedno, byleby mogła dokonać tego, co było na czasie i na swoim miejscu, a tak samo mogła bez niecierpliwości siedzieć spokojnie, jeżeli nie miała nic do czynienia. Takiej ruchliwości bez poczucia jakiegoś zajęcia nie widziałam drugi raz w życiu. Niepowtarzalne od samej młodości było jej zachowanie wobec biednych i potrzebujących pomocy. Przyznaję chętnie, że nigdy nie miałam talentu zrobienia sobie zajęcia z dobroczynności; nie byłam skąpa dla biednych, przeciwnie, często wydawałam za dużo w stosunku do moich dochodów, ale do pewnego stopnia wykupywałam się tylko, a kto miał pozyskać sobie moje starania, musiał mi być bardzo bliski. Wprost przeciwną cechę chwalę w swojej siostrzenicy. Nigdy nie widziałam, żeby dawała ubogiemu pieniądze, a co otrzymywała w tym celu ode mnie, zawsze obracała to naprzód na najbliższą potrzebę. Nigdy mi się nie wydała przyjemniejsza, jak kiedy plądrowała moje szafy z ubraniem i bielizną; zawsze znalazła tam coś, czego nie nosiłam i nie używałam, a przykrawać te stare rzeczy i dopasowywać je dla jakiegoś obdartego dziecka było największą jej rozkoszą.
Usposobienie jej siostry przedstawiało się już inaczej; miała wiele z matki, zawczasu zapowiadała się na zgrabną i powabną i zdaje się, że tę obietnicę spełni; zajmuje się bardzo swoim wyglądem i od wczesnej młodości umiała się stroić i nosić w sposób wpadający w oczy. Pamiętam doskonale, z jakim zachwytem, będąc małym dzieckiem, przypatrywała się sobie w zwierciadle, kiedy musiałam jej zawiesić piękne perły, które pozostawiła mi moja matka, a które ona przypadkiem u mnie znalazła.
Rozpatrując te różnorodne skłonności, przyjemnie mi było pomyśleć, jak mój dobytek po mojej śmierci rozejdzie się pomiędzy nich i dzięki nim ożyje na nowo. Widziałam już znowu strzelby myśliwskie ojca na ramieniu siostrzeńca krążącego po polu, a z torby jego wypadające ptactwo. Widziałam całą swoją garderobę, dopasowaną na małe dziewczęta wychodzące z kościoła po konfirmacji143 wielkanocnej, a najlepsze moje tkaniny strojące jakąś skromną mieszczaneczkę w dzień ślubu, bo Natalia miała szczególne upodobanie do zaopatrywania takich dzieci i uczciwych biednych dziewcząt, chociaż ona sama, muszę to zauważyć, nie dawała bynajmniej dostrzec w sobie żadnego rodzaju miłości, ani też, jeżeli wolno tak się wyrazić, żadnej potrzeby przywiązania się do jakiejś istoty widzialnej czy niewidzialnej, co się u mnie tak żywo objawiało w młodości. Jeżeli wreszcie pomyślałam, że najmłodsza w tym samym dniu zaniesie na dwór moje perły i drogie kamienie, to ze spokojem patrzyłam na powrót mojego dobytku, jak i mego ciała pomiędzy żywioły.
Dzieci podrosły i ku mojemu zadowoleniu są to istoty zdrowe, piękne i dziarskie. Znoszę to cierpliwie, że stryj trzyma je ode mnie z dala i widuję je rzadko, chociaż są w pobliżu, a nawet w samym mieście.
Pewien dziwny człowiek, którego uważają za francuskiego księdza, chociaż nie wiedzą naprawdę dobrze o jego pochodzeniu, ma nadzór nad wszystkimi dziećmi, które są wychowywane w różnych miejscach i raz tu, drugi raz ówdzie znajdują się na stancji. Z początku nie mogłam dopatrzeć się żadnego planu w tym wychowaniu, aż w końcu lekarz mój objaśnił mi, że stryj dał się przekonać księdzu, że jeżeli się coś chce zrobić w wychowaniu człowieka, trzeba naprzód zobaczyć, dokąd zmierzają jego skłonności i życzenia. Następnie trzeba mu zapewnić możliwość jak najszybszego zaspokojenia tych potrzeb, ażeby człowiek, pomyliwszy się, mógł zawczasu spostrzec swą omyłkę, a jeżeli trafił w to, co dla niego odpowiednie, tym gorliwiej się tego trzymał i tym pilniej kształcił się dalej. Chciałabym, żeby ta dziwna próba się powiodła; z tak dobrymi naturami może to będzie możliwe.
Ale czego nie mogę pochwalić u tych wychowawców, to tego, że starają się odsunąć od dzieci wszystko, co mogłoby je doprowadzić do obcowania z samymi sobą i z niewidzialnym, jedynym wiernym przyjacielem. Co więcej, stryj sprawia mi wielką przykrość, uważając mnie z tego powodu za niebezpieczną dla dzieci. W praktyce doprawdy żaden człowiek nie jest tolerancyjny! Bo ten nawet, kto zapewnia, że chętnie pozostawia każdemu jego sposób myślenia i życia, stara się przecież ciągle wykluczyć z działania tych, którzy nie myślą jak on.