— Biedni aktorzy! — zawołał, rzucając się na krzesło i wciąż się śmiejąc. — Biedni, poczciwi aktorzy! A czy wiesz, mój przyjacielu — mówił dalej, ochłonąwszy cokolwiek — żeś opisał nie teatr, ale świat, i że ja bym mógł znaleźć dla twardych pociągnięć pańskiego pędzla dosyć postaci i czynności ze wszystkich stanów? Daruj mi pan, znowu się śmiać muszę, żeś pan mniemał, iż te piękne cechy są wygnane jedynie na deski.
Wilhelm skupił się w sobie, gdyż niepowstrzymywany i niewczesny śmiech Jarna naprawdę go dotknął.
— Nie możesz pan — odrzekł — zupełnie ukryć swojej nienawiści do ludzi, utrzymując, że te błędy są powszechne.
— A dowodzi to pańskiej nieznajomości świata, jeżeli tak dalece te zjawiska masz za złe teatrowi. Doprawdy, przebaczam aktorowi każdą wadę, która wynika ze złudzenia i z żądzy podobania się, bo jeżeli on sobie i innym czymś się nie wydaje, to jest niczym. Jest on powołany do pokazów, musi wysoko cenić chwilowy oklask, gdyż nie otrzymuje żadnej innej nagrody; musi się starać, by błyszczeć, gdyż po to tam jest.
— Pozwolisz pan — odrzekł Wilhelm — żebym ja ze swej strony uśmiechnął się przynajmniej. Nigdy nie byłbym uwierzył, że pan możesz być tak wyrozumiały, tak życzliwy.
— Nie, na Boga! Mówię to zupełnie na serio, z całkowitym rozmysłem. Wybaczam aktorowi wszystkie wady człowieka, żadnej wady aktora nie wybaczam człowiekowi. Nie wyzywaj pan moich nad tym żalów; brzmiałyby one gwałtowniej niż pańskie.
Z gabinetu wyszedł chirurg, a na zapytanie, jak się ma chory, odpowiedział z żywą uprzejmością:
— Bardzo dobrze; mam nadzieję, że ujrzę go niebawem w zupełnym zdrowiu.
Wybiegł natychmiast z sali, nie czekając na pytanie Wilhelma, który otwierał już usta, by raz jeszcze i z większą natarczywością wypytać o torbę. Żądza dowiedzenia się czegoś o swej amazonce natchnęła go zaufaniem do Jarna; zwierzył mu się ze zdarzenia i prosił o pomoc.
— Wiesz pan tak dużo — powiedział — czyżbyś pan nie miał się o tym dowiedzieć?