Wilhelm chciał właśnie wywiedzieć się dokładniej o Teresę, gdy zajechali przed dom sędziego, który przyszedł do powozu i z serca żałował, iż panna Teresa już odjechała. Zapraszał podróżnych na śniadanie, ale powiedział zarazem, że można będzie dopędzić powóz w najbliższej wsi. Postanowiono jechać dalej, a woźnica nie zwlekał; przejechano już kilka wsi, a nikogo jeszcze nie spotkano. Lidia nastawała więc, żeby zawrócić; woźnica jechał naprzód, jakby tego nie rozumiał. Na koniec zażądała tego z największą gwałtownością. Wilhelm zawołał na woźnicę i dał umówiony znak. Ten odpowiedział:
— Nie musimy wracać tą samą droga; znam bliższą, a zarazem wygodniejszą.
Pojechał tedy w bok przez las i przez długie pastwiska. W końcu, gdy nie pojawił się żaden znany przedmiot, woźnica wyznał, że nieszczęściem zabłądził, ale się niebawem rozpyta, widzi bowiem wieś niedaleko.
Nadeszła noc, a woźnica tak zręcznie rzecz prowadził, że wszędzie się wypytywał, a nigdzie nie czekał na odpowiedź. Tak jechali całą noc; Lidia nawet nie zmrużyła oka; przy blasku księżyca wypatrywała wszędzie podobieństw, a zawsze one gdzieś znikały. Rano przedmioty wydawały jej się znajome, ale tym mniej spodziewane. Powóz zatrzymał się przed małą, zgrabnie zbudowaną willą; z drzwi wyszła jakaś kobieta i otworzyła drzwiczki. Lidia wpatrywała się w nią osłupiałym wzrokiem, oglądała się, znów patrzyła na nią i mdlejąc, osunęła się w ramiona Wilhelma.
Rozdział piąty
Zaprowadzono Wilhelma do izdebki na strychu; dom był nowy, a tak mały, niemal jak tylko to możliwe, a jak się okazało, nadzwyczaj czysty i porządny. Teresa, która przyjęła jego i Lidię w powozie, nie okazałą się jego amazonką; była to od tamtej o całe niebo odmienna istota. Kształtna, choć niewysoka, poruszała się z wielką żywością i wydawało się, że nic z tego, co się działo, nie może się ukryć przed jej jasnymi, niebieskimi, otwartymi oczyma.
Weszła do pokoju Wilhelma i zapytała, czy czegoś nie potrzebuje.
— Daruj pan — mówiła — że umieściłam pana w izbie, którą zapach oleju czyni jeszcze niemiłą; mój domek dopiero co ukończono, a pan poświęcasz ten pokoik, który przeznaczyłam dla moich gości. O, gdybyś był pan tutaj przy milszej sposobności! Biedna Lidia nie uprzyjemni nam czasu i w ogóle musisz się pan zadowalać byle czym; kucharka dopiero co w najbardziej nieodpowiednim czasie opuściła moją służbę, a parobek zgniótł sobie rękę. Byłaby bieda; sama wszystko załatwiałam, a w końcu, gdyby się do tego nałożyło, musiałoby tak iść dalej. Nie ma większej plagi niż służący; nikomu nie chce usłużyć, nawet samym sobie.
Mówiła jeszcze to i owo o różnych sprawach; w ogóle zdawało się, że lubi mówić. Wilhelm zapytał o Lidię, czy nie mógłby porozmawiać z poczciwą dziewczyną i usprawiedliwić się przed nią.
— To na nią teraz nie wpłynie — odparła Teresa. — Czas uniewinnia, jak i pociesza. W obu przypadkach słowa mają małą moc. Lidia nie chce pana widzieć. „Niech mi się na oczy nie pokazuje”, wołała, kiedy od niej odchodziłam, „Zwątpiłabym w ludzkość! Taka uczciwa twarz, takie otwarte postępowanie, a taka kryjoma chytrość!”. Lothar jest dla niej całkowicie usprawiedliwiony; mówi też on w jednym z listów do poczciwej dziewczyny: „Moi przyjaciele mnie namówili; przyjaciele mnie zmusili!”. Do nich Lidia zalicza także pana i potępia cię wraz z innymi.