— Ależ przysiągłbym — zawołał — że to portret pani Saint Alban, którą przed kilku laty spotkałem w Szwajcarii.

— To ta sama osoba — odrzekłam, uśmiechając się. — Nie wiedząc o tym, poznałeś swoją teściową. Saint Alban to nazwisko romantyczne, pod którym podróżuje moja matka i jako Saint Alban bawi teraz jeszcze we Francji.

— Jestem najnieszczęśliwszym ze wszystkich ludzi! — zawołał, ciskając portret do szkatułki.

Zakrył oczy ręką i natychmiast opuścił pokój. Wskoczył na konia; pobiegłam na balkon i wołałam za nim; odwrócił się, ręką przesłał pożegnanie, oddalił się śpiesznie — i już go nie ujrzałam.

Słońce zachodziło, Teresa spojrzała bystro w przestrzeń pełną gorącego blasku, a jej piękne oczy napełniły się łzami.

Teresa, milcząc, położyła na rękach swego nowego przyjaciela swoją rękę; on ucałował z uczuciem; ona osuszyła swe łzy i powstała.

— Wracajmy — rzekła — i zajmijmy się naszymi domownikami!

Rozmowa podczas drogi nie była żywa; wszedłszy furtką ogrodową, ujrzeli Lidię siedzącą na ławce; powstała, umknęła im i udała się do domu; w ręku miała papier, a przy niej były dwie dziewczynki.

— Widzę — rzekła Teresa — wciąż jeszcze nosi swoją jedyną pociechę, list Lothara. Przyjaciel obiecuje jej, że jak tylko wyzdrowieje, znowu żyć będzie przy jego boku, i prosi ją, ażeby do tego czasu spokojnie zabawiła u mnie. Te słowa ją podtrzymują, tymi wierszami pociesza się, ale jego przyjaciele są źle u niej zapisani.

Tymczasem zbliżyły się obie dziewczynki, powitały Teresę i zdały jej sprawę ze wszystkiego, co zaszło w domu w czasie jej nieobecności.