Osiągnęłam tedy szczęście najwyższe; pragnął mnie człowiek, którego tak wysoko ceniłam, a którego i z którym przewidywałam zupełne, swobodne, rozległe, pożyteczne rozwinięcie swojej przyrodzonej skłonności, swego talentu zdobytego wprawą; suma całego mojego istnienia pomnożyła się jakby w nieskończoność. Zgodziłam się, przybył sam, mówił ze mną na osobności, podał mi rękę, patrzył mi w oczy, uściskał mnie i wycisnął pocałunek na moich ustach. Był pierwszym i ostatnim. Zwierzył mi się ze swego położenia, ile go kosztowała wyprawa amerykańska, jakimi długami obciążył swoje majątki, jak z tego powodu poróżnił się w pewnej mierze ze swym dziadkiem stryjecznym, jak ten zacny człowiek myśli zająć się jego losem, ale oczywiście po swojemu: że mu chce dać bogatą żonę, kiedy rozumnemu mężczyźnie tylko gospodarna jest prawdziwą pomocą, i że spodziewa się przekonać starca za pośrednictwem swej siostry. Wyjaśnił mi stan swego majątku, swoje plany, swoje widoki i prosił mnie o współdziałanie. Miało to pozostać tajemnicą tylko do czasu zezwolenia jego dziada.

Ledwie się oddalił, Lidia zapytała mnie, czy to nie o niej mówił. Zaprzeczyłam i zanudziłam ją opowiadaniem o rzeczach ekonomicznych. Była niespokojna, nie w humorze, a zachowanie się Lothara, gdy przybył znowu, nie polepszyło jej stanu.

Ale widzę, że słońce skłania się ku zachodowi! Masz szczęście, przyjacielu, gdyż inaczej musiałbyś wysłuchać tej historii, którą lubię sama sobie opowiadać, ze wszystkimi jej drobnymi okolicznościami. Pośpieszajmy, zbliżamy się do epoki, przy której niedobrze jest bawić długo.

Lothar zaznajomił mnie ze swoją siostrą, a wiedziała, jak przedstawić mnie dziadkowi; podbiłam starca; zezwolił na nasze życzenia, a ja powróciłam do swej dobrodziejki z pomyślną wiadomością. Sprawa nie była już tajemnicą w domu; Lidia, dowiedziawszy się o niej, sądziła, że słyszy coś niemożliwego. A gdy wreszcie nie mogła już o tym wątpić, zniknęła nagle i nie wiedziano, gdzie przepadła.

Dzień naszego związku zbliżał się, często prosiłam Lothara o jego portret, a kiedy miał odjeżdżać, przypomniałam mu obietnicę raz jeszcze.

— Zapomniałaś mi dać schowanko, do którego ma być dopasowany według twego życzenia — odpowiedział.

Było tak: miałam od przyjaciółki podarunek, który bardzo ceniłam. Pod szkłem zewnętrznym było przytwierdzone imię splecione z jej włosów; wewnątrz pozostała pusta w środku kość słoniowa, na której miał być właśnie namalowany jej wizerunek, kiedy mi ją na nieszczęście śmierć porwała. Miłość Lothara uszczęśliwiła mnie w chwili, kiedy utrata przyjaciółki była mi jeszcze bolesna; pragnęłam więc próżnię, którą pozostawiła mi w swym podarunku, wypełnić portretem mego przyjaciela.

Śpieszę do swego pokoju, wydobywam szkatułeczkę i otwieram ją w jego obecności; ledwie zajrzawszy, spostrzega medalion z wizerunkiem kobiecym, bierze go do ręki, wpatruje się uważnie i pyta porywczo:

— Kogo przedstawia ten portret?

— Moją matkę — odpowiedziałam.