— Zrobilibyście lepiej, gdybyście się miarkowali i wstrzymali z wymyślaniem — odrzekła stara. — Jeżeli chcecie wymyślać, to idźcie do swych wielkich dostojnych domów, a znajdziecie tam matki, które wielce zapobiegliwie troszczą się o to, jak dla ślicznej, niebiańskiej dziewczyny wyszukać człowieka choćby najobrzydliwszego, byleby tylko był bogaty. Patrzcie, jak to biedne stworzenie drży i trzęsie się wobec swego losu i nigdzie nie znajduje pociechy, aż jakaś doświadczona przyjaciółka wytłumaczy jej, iż przez małżeństwo pozyskała prawo rozporządzania swoim sercem i swoją osobą, jak jej się podoba.

— Milcz! — zawołał Wilhelm. — To ty sądzisz, że jeden występek może zostać uniewinniony przez drugi? Opowiadaj, nie wdając się w uwagi.

— To mnie pan słuchaj, nie łając mnie! Marianna stała się twoja wbrew mojej woli. W tej przygodzie nie mam sobie przynajmniej nic do wyrzucenia. Norberg wrócił, pospieszył zobaczyć Mariannę, która go przyjęła zimno i kwaśno, nie pozwalając nawet na całus. Musiałam użyć całej swej sztuki, aby usprawiedliwić jej zachowanie; dałam mu do zrozumienia, że to spowiednik zaniepokoił jej sumienie i że dopóki sumienie przemawia, trzeba je szanować. Skłoniłam go do odejścia, obiecując zrobić dla niego, co tylko będę mogła. Był bogaty i nieokrzesany, ale z gruntu dobroduszny i nadzwyczaj kochał Mariannę. Przyrzekł mi cierpliwość, a ja pracowałam tym żywiej, aby go zanadto nie wystawiać na próby. Z Marianną miałam ciężką przeprawę, nakłoniłam ją, ba, mogę powiedzieć, zmusiłam w końcu pogróżką opuszczenia jej, żeby napisała do kochanka i zaprosiła go do nas. Pan przyszedłeś i przypadkiem zagarnąłeś w chustce jego odpowiedź. Pańska niespodziewana obecność wyrządziła mi okrutną psotę. Ledwie się oddaliłeś, na nowo rozpoczęło się utrapienie; przysięgała, że nie może się panu sprzeniewierzyć i tak była roznamiętniona, tak nieprzytomna, że wymusiła na mnie serdeczną litość. Obiecałam jej w końcu, że jeszcze tej samej nocy uspokoję Norberga i oddalę go pod jakimś pozorem; prosiłam ją, by się położyła do łóżka, ale ona widocznie mi nie dowierzała; pozostała w ubraniu i wreszcie zasnęła, wzruszona i zapłakana, nie rozbierając się. Nadszedł Norberg, starałam się go powstrzymać; przedstawiałam mu w najczarniejszych barwach jej wyrzuty sumienia, jej skruchę; pragnął ją tylko zobaczyć; weszłam do pokoju, aby ją przygotować; postępował za mną, tak że oboje równocześnie stanęliśmy przy jej łóżku. Obudziła się, zerwała z wściekłością i wydarła z naszych rąk, zaklinała i prosiła, błagała, groziła i zapewniała, że nie ustąpi. Była tyle nieostrożna, że powiedziała kilka słów o swojej prawdziwej namiętności, które biedny Norberg musiał sobie tłumaczyć w znaczeniu duchowym. Na koniec opuścił ją, a ona się zamknęła. Zatrzymałam go jeszcze długo u siebie i rozmawiałam z nim o jej stanie, iż jest przy nadziei i że trzeba oszczędzać biedną dziewczynę. Czuł się tak dumny ze swego ojcostwa, tak mocno cieszył się na myśl o chłopcu, że przystał na wszystko, czego od niego wymagałam, i przyrzekł raczej na pewien czas wyjechać w podróż, niż trwożyć swą ukochaną i szkodzić jej tymi wzruszeniami duszy. W takim to usposobieniu wymknął się ode mnie rankiem, a pan, mój panie, jeśliś czatował na warcie, do swego szczęścia nic więcej byś nie potrzebował, jak zajrzeć w serce swego rywala, którego uważałeś za obdarzonego względami, za szczęśliwego i którego widok przyprawił pana o rozpacz.

— Prawdę mówisz? — rzekł Wilhelm.

— Taką prawdę — odpowiedziała stara — jaką się jeszcze spodziewam doprowadzić pana do rozpaczy. O, z pewnością rozpaczałbyś pan, gdybym mogła z całą żywością przedstawić ci obraz naszego następnego poranku. Jakże pogodnie się obudziła, jak przyjaźnie mnie wezwała! Jak żywo mi dziękowała! Jak serdecznie przycisnęła mnie do piersi! „No — rzekła, stając uśmiechnięta przed lustrem — teraz mogę znowu cieszyć się sobą, swoją postacią, kiedy znów należę do siebie, do mego jedynego ukochanego przyjaciela. Jak to słodko zwyciężyć! Co to za niebiańskie wrażenie iść za sercem! Jakże ci dziękuję, żeś się za mną ujęła, żeś swoją roztropność, swój rozsądek raz wykorzystała na moją korzyść. Pomagaj mi i wymyśl, co może uczynić mnie zupełnie szczęśliwą!”. Ustąpiłam jej, nie chciałam jej drażnić, schlebiałam jej nadziei, a ona pieściła mnie jak najwdzięczniej. Jeżeli odeszła na chwilę od okna, musiałam stać na warcie, gdyż przecież pan miałeś przechodzić, chciała pana przynajmniej widzieć, tak minął w niepokoju cały dzień. Nocą o zwykłej godzinie spodziewałyśmy się, że na pewno pan przyjdzie. Ja już czekałam na schodach; czas mi się dłużył; weszłam do niej. Ku swemu zdziwieniu zastałam ją w jej stroju oficerskim;, wyglądała wesoło i nad wyraz powabnie. „Czyż nie zasługuję — rzekła — by ukazać się dziś w męskim ubiorze? Czyż nie trzymałam się dzielnie? Niech mój ukochany zobaczy dzisiaj mnie tak jak pierwszym razem; równie czule, a z większą niż wówczas swobodą przycisnę go do serca, bo czyż nie jestem teraz o wiele bardziej jego niż wówczas, kiedy mnie jeszcze nie wyzwoliła szlachetna decyzja? Ale — dodała po niejakim namyśle — jeszcze nie całkiem wygrałam; teraz dopiero muszę się odważyć na rzecz najgorszą, aby być go godną, aby się upewnić o posiadaniu go: muszę mu wszystko odkryć, wyjawić mu cały mój stan i wówczas pozostawić mu decyzję, czy mnie zechce zatrzymać czy odepchnąć. Tę scenę przygotowuję dla siebie, a jeżeli jego uczucie będzie zdolne mnie odepchnąć, to znów będę należała tylko do siebie samej, w tej karze znajdę pocieszenie i zniosę wszystko, co na mnie los zechce na mnie zesłać”. Z takimi uczuciami, z takimi nadziejami, mój panie, oczekiwała pana kochana dziewczyna; nie przyszedłeś. O, jakżeż mam opisać stan oczekiwania i nadziei? Widzę cię jeszcze przed sobą, z jaką miłością, z jakim zapałem mówiłaś o człowieku, którego okrucieństwa jeszcze nie poznałaś!

— Dobra, kochana Barbaro — zawołał Wilhelm, zrywając się i biorąc starą za rękę — dosyć już udawania, dosyć przygotowań. Twój obojętny, spokojny, zadowolony ton zdradził cię! Oddaj mi Mariannę! Ona żyje, ona jest w pobliżu. Nie na próżno na swą próbę wybrałaś tę późną godzinę samotności, nie na próżno przygotowywałaś mnie tym zachwycającym opowiadaniem. Gdzie ją masz? Gdzie ją ukrywasz? Wierzę ci we wszystko, przyrzekam ci wierzyć we wszystko, jeżeli mi ją pokażesz, jeżeli ją zwrócisz w moje ramiona. Widziałem już w przelocie jej cień, niechże ją znowu przyjmę w objęcia. Upadnę przed nią na kolana, będę ją prosił o przebaczenie, powinszuję jej walki i zwycięstwa nad sobą i nad tobą, przyprowadzę jej mego Feliksa. Chodź! Gdzieś ją schowała? Nie pozostawiaj jej, nie pozostawiaj mnie dłużej w niepewności! Osiągnęłaś już cel. Gdzie ją ukryłaś? Chodź, niech ją oświecę tym światłem, niech ujrzę znowu jej piękne oblicze!

Ściągnął starą ze stołka. Patrzyła na niego nieruchomo, łzy płynęły jej z oczu, ogarnął ją niezmierny ból.

— Co za nieszczęśliwy obłęd — zawołała — każe panu mieć jeszcze nadzieję choć przez chwilę!... Tak ukryłam ją, ale pod ziemią; ani światło słoneczne, ani poufała świeca już nigdy nie oświecą jej pięknego oblicza. Zaprowadź pan dobrego Feliksa na jej grób i powiedz mu: „Tu leży twoja matka, którą twój ojciec potępił, nie wysłuchawszy”. Drogie serce już nie bije z niecierpliwości zobaczenia pana ani nie czeka ona w sąsiedniej izbie na koniec mego opowiadania czy mojej bajki; przyjęła ją ciemna izdebka, do której nie chodzi żaden narzeczony, skąd nie wybiega na spotkanie żadnego kochanka.

Rzuciła się przy stołku na ziemię i gorzko płakała. Dopiero teraz Wilhelm nabrał całkowitego przekonania, że Marianna nie żyje; był w opłakanym stanie. Stara podniosła się.

— Nie mam panu nic więcej do powiedzenia — zawołała, rzucając jakąś paczkę na stół. — Te oto listy niech zupełnie zawstydzą pańskie okrucieństwo; odczytaj te karty z suchymi oczyma, jeżeli tylko zdołasz.