— O — zawołał — gdybym mógł przywłaszczyć sobie to bezcenne dobro, a następnie zostałoby mi odebrane, byłbym najnieszczęśliwszym ze wszystkich ludzi.
Dzieci odjechały, a Wilhelm czując, że już się rozstał z teatrem i wypada mu już tylko odejść, chciał się formalnie z nimi pożegnać. Marianny już nie było, jego dwa duchy opiekuńcze odeszły, a jego myśli pośpieszały za nimi. Piękny chłopiec unosił się przed jego wyobraźnią jak urocza niepewna zjawa; widział, jak pod ręką Teresy biega po polach i lasach, jak się kształci na otwartym powietrzu, obok swobodnej, pogodnej towarzyszki. Teresa stała się mu jeszcze droższa, odkąd myślał, że dziecko jest w jej towarzystwie. Nawet jako widz w teatrze przypominał ją sobie z uśmiechem; prawie tak samo jak u niej, przedstawienia nie dawały mu złudzeń.
Serlo i Melina byli dla niego nadzwyczaj grzeczni, gdy tylko spostrzegli, że nie rości wcale pretensji do swego dawniejszego stanowiska. Pewna część publiczności pragnęła widzieć go raz jeszcze na scenie; byłoby to dla niego rzeczą niemożliwą, a wśród aktorów nikt sobie tego nie życzył, prócz chyba pani Melina.
Pożegnał się tedy już naprawdę z tą przyjaciółką; był wzruszony, gdy mówił:
— Gdyby tylko człowiek nie ośmielał się obiecywać niczego na przyszłość! Najdrobniejszej nawet rzeczy nie zdoła dotrzymać, a cóż dopiero jeśli jego zamiar jest ważny. Jakże się wstydzę, gdy pomyślę, co wam wszystkim obiecywałem tej nieszczęsnej nocy, kiedyśmy złupieni, chorzy, upokorzeni i zranieni, siedzieli ściśnięci w nędznej oberży. Jakże wówczas nieszczęście podnieciło moją odwagę i w jakiż to skarb wierzyłem w mojej dobrej woli! A teraz nic z tego wszystkiego, nic zgoła! Opuszczam was jako wasz dłużnik, szczęściem dla mnie, że mojej obietnicy nie ceniono więcej, niż była warta, i że nikt się mnie nigdy o nią nie upominał.
— Nie bądź pan wobec siebie niesprawiedliwy — odparła pani Melina. — Jeżeli nikt nie rozumie, coś pan dla nas zrobił, to ja o tym nie zapomnę; cała bowiem nasza sytuacja byłaby zupełnie inna, gdybyśmy pana nie mieli. Z naszymi zamiarami bywa tak, jak z życzeniami. Nie są już do siebie podobne, jeśli są dokonane, jeśli są spełnione, a nam się zdaje, żeśmy nic nie zrobili, nic nie osiągnęli.
— Swoim przyjacielskim tłumaczeniem — odparł Wilhelm — nie uspokoisz pani mego sumienia, a ja zawsze będę się uważać za jej dłużnika.
— I możliwe, że nim jesteś — odpowiedziała pani Melina — tylko nie w ten sposób, jak pan myślisz. Wstydzimy się, jeżeli nie spełniliśmy ustnej obietnicy. O, mój przyjacielu, dobry człowiek zawsze za wiele obiecuje samą swoją obecnością! Zaufanie, jakie budzi, skłonność, jaką wywołuje, nadzieje, jakie wzbudza, są nieskończone; jest i pozostaje dłużnikiem, nie wiedząc o tym. Bywaj pan zdrów. Jeżeli nasze zewnętrzne stosunki bardzo pomyślnie się ułożyły pod pańskim kierownictwem, to we wnętrzu moim powstaje wskutek pańskiego odejścia próżnia, która nie tak łatwo się zapełni.
Przed odjazdem z miasta Wilhelm napisał jeszcze obszerny list do Wernera. Zamienili wprawdzie ze sobą kilka listów, ale ponieważ nie mogli dojść do zgody, przestali w końcu do siebie pisywać. Teraz Wilhelm znowu się zbliżył; zamierzał właśnie zrobić to, czego tamten tak bardzo pragnął; mógł powiedzieć: „Opuszczam teatr i łączę się z ludźmi, których towarzystwo powinno mnie pod każdym względem zaprowadzić do jasnej i bezpiecznej działalności”. Dowiadywał się o swój majątek i wydało mu się rzeczą dziwną, iż tak długo się o niego nie zatroszczył. Nie wiedział, że tak robią wszyscy ludzie, którzy przywiązują wielką wagę do swojego wewnętrznego wykształcenia, iż całkowicie zaniedbują stosunki zewnętrzne. Wilhelm znajdował się właśnie w tym przypadku; najwidoczniej po raz pierwszy spostrzegał, że potrzebuje środków zewnętrznych, by działać skutecznie.
Odjechał w całkiem innym usposobieniu niż pierwszym razem, ukazujące mu się widoki były powabne i miał nadzieję doznać na swej drodze czegoś przyjemnego.