— Po co się o mnie troszczyć — odrzekła — kiedy trzeba troszczyć się o tyle spraw?
Kiedy on zadawał sobie tyle trudu, by ją przekonać, że nie może jej teraz zabrać ze sobą, że ją zawiezie do osób, u których często będzie ją widywać, zdawało się, jakby nic z tego wszystkiego nie słyszała.
— Nie chcesz mieć mnie przy sobie? — rzekła. — Może to i lepiej, wypraw mnie do starego harfiarza; ten starzec jest taki samotny.
Wilhelm starał się jej wyjaśnić, że staremu dobrze się dzieje.
— Tęsknię za nim w każdej chwili — odparła dziewczyna.
— A ja nie zauważyłem — rzekł Wilhelm — żebyś była mu tak dalece przychylna, kiedy jeszcze żył z nami.
— Bałam się go, kiedy czuwał; nie mogłam tylko spoglądać w jego oczy, ale kiedy spał, chętnie przy nim siadałam, odganiałam od niego muchy i nie mogłam się na niego dosyć napatrzyć. O, był pomocą w strasznych chwilach, nikt nie wie, co mu zawdzięczam. Gdybym tylko znała drogę, już bym do niego pobiegła.
Wilhelm obszernie jej wyłożył wszystkie okoliczności i powiedział, że jest tak rozumnym dzieckiem, iż i tym razem spełni jego życzenia.
— Rozum jest okrutny — odparła — serce jest lepsze. Odejdę, dokąd zechcesz, ale pozostaw mi swego Feliksa!
Po wielu przemowach i odpowiedziach pozostała przy swoim zdaniu, a Wilhelm musiał się w końcu zdecydować na powierzenie obojga dzieci starej Barbarze i wysłanie ich razem do panny Teresy. Przyszło mu to tym łatwiej, że wciąż jeszcze bał się adoptować pięknego Feliksa za syna. Wziął go na ręce i obnosił go wkoło; dziecko lubiło być podnoszone przed lustrem, a Wilhelm, nie przyznając się do tego, chętnie zaniósł go do zwierciadła i starał się wyśledzić podobieństwa między sobą a dzieckiem. Jeśli przez chwilę wydawało mu się to prawdopodobne, przyciskał chłopca do piersi, lecz nagle przerażony myślą, iż może się oszukiwać, postawił dziecko na ziemi i pozwolił mu odbiec.