Natalia stanęła przy tym pomniku i kładąc na nim rękę, rzekła:

— Mój dobry stryj miał wielkie zamiłowanie do tego działu starożytności. Nieraz powiadał: „Nie tylko pierwsze kwiecie opada, które można przechować tam w górze w małych otworach, ale także owoce, które wisząc na gałęzi, rokują nam na długo najpiękniejsze nadzieje, gdy ukryty robak przygotowuje im przedwczesną dojrzałość i zniszczenie”. Obawiam się — ciągnęła dalej — czy nie przepowiadał tego o kochanej dziewczynce, która się powoli zdaje wymykać naszej pieczy i skłaniać ku temu spokojnemu mieszkaniu.

Gdy już zamierzali odejść, Natalia rzekła:

— Muszę jeszcze na jedno zwrócić pańską uwagę. Popatrz pan na te półokrągłe otwory w górze po obu stronach! Tu mogą stanąć ukryte chóry śpiewaków, a te spiżowe ozdoby pod gzymsem służą do przytwierdzenia kobierców, które wedle zalecenia mego stryja mają być wywieszane przy każdym pogrzebie. Nie mógł żyć bez muzyki, a zwłaszcza bez śpiewu, przy tym zaś miał tę cechę, że nie chciał widzieć śpiewaków. Zwykł mawiać: „Teatr zanadto nas psuje; muzyka służy tam jakby tylko dla oka, towarzyszy ruchom, a nie uczuciom. W oratoriach i koncertach zawsze przeszkadza nam postać grającego; prawdziwa muzyka jest tylko dla ucha; piękny głos jest czymś najogólniejszym, co się da pomyśleć, a określona jednostka, która go wydaje, stając przed okiem, psuje czyste wrażenie owej ogólności. Chcę widzieć każdego, z kim mam mówić, gdyż tu człowiek jednostkowy postacią i charakterem czyni mowę coś lub nic niewartą; przeciwnie, kto im śpiewa, powinien być niewidzialny; jego postać nie powinna mnie przekupywać lub w wprowadzać błąd. Tu przemawia tylko organ do organu, nie duch do ducha, nie tysiąckrotny świat do oka, nie niebo do człowieka”. Podobnie i w muzyce instrumentalnej chciał mieć orkiestrę o ile tylko można ukrytą, ponieważ wskutek mechanicznych wysiłków oraz lichych, zawsze dziwacznych gestów muzykantów tak silnie wprawiani bywamy w roztargnienie i zamęt. Zwykł zatem słuchać muzyki nie inaczej jak z przymkniętymi oczyma, by całe swoje istnienie ześrodkować w jedynej czystej rozkoszy ucha.

Mieli właśnie opuścić salę, gdy usłyszeli biegnące po korytarzu dzieci, a Feliksa wołającego:

— Nie, ja! Nie, ja!

Mignon pierwsza rzuciła się do otwartych drzwi; brakło jej oddechu, nie mogła wymówić ani słowa. Feliks, wciąż z daleka, wołał:

— Matka Teresa przybyła.

Jak się zdawało, dzieci urządziły wyścigi, by zanieść tę wiadomość. Mignon spoczywała w objęciach Natalii, serce biło jej gwałtownie.

— Niedobre dziecko — rzekła Natalia — czyż nie zakazano ci wszelkiego gwałtownego ruchu? Patrz, jak ci serce bije!