Gdy to mówiła, dostali się z powrotem do głównego budynku. Przez obszerny korytarz poprowadziła go do drzwi, przed którymi leżały dwa granitowe sfinksy. Same drzwi były na sposób egipski w górze węższe niż u dołu, a ich spiżowe skrzydła przygotowywały do jakiegoś poważnego, ba, do okropnego widoku. Jakże więc przyjemnego doznawało się zdziwienia, kiedy oczekiwanie to kończyło się najczystszą pogodą, gdy się wchodziło do sali, w której sztuka i życie zacierały wszelkie wspomnienie o śmierci i grobie. W ścianach były proporcjonalne łukowate wgłębienia, gdzie stały większe sarkofagi; w filarach pomiędzy nimi widać było mniejsze otwory, ozdobione urnami i naczyniami; reszta powierzchni ścian i sklepienia była regularnie podzielona, i pomiędzy jasnymi, różnorodnymi obwódkami, wieńcami i innymi ozdobami widać było pogodne, znaczące postaci namalowane na polach różnej wielkości. Części architektoniczne były wyłożone pięknym, żółtym marmurem, różowawo przeświecającym; jasnoniebieskie prążki udatnej kompozycji chemicznej naśladowały lapis lazuli i kontrastem zaspakajały oko, nadawały całości jedność i łączność. Cała ta wspaniałość i ozdobność przedstawiała się w czystych architektonicznych proporcjach i tak każdy, kto wchodził, wydawał się wzniesiony ponad siebie, dopiero teraz, za pomocą zgodnie spotykającej się sztuki, dowiadując się, czym jest człowiek i czym być może. Naprzeciwko drzwi widać było na wspaniałym sarkofagu marmurowy posąg dostojnego mężczyzny, wspartego na wezgłowiu. Przed sobą trzymał zwój i wydawało się, że patrzy na niego ze spokojną uwagą. Zwój był zwrócony w taki sposób, że łatwo można było odczytać zawarte w nim słowa. Słowa te mówiły: „Pamiętaj, że żyjesz”.
Natalia zabrała zwiędnięty bukiet i położyła świeży przed posągiem stryja, gdyż to właśnie on przedstawiony był na sarkofagu, a Wilhelmowi zdało się, iż pamięta jeszcze rysy tego starszego pana, którego niegdyś widział w lesie.
— Tu spędziliśmy niejedną godzinę — rzekła Natalia — póki tej sali nie wykończono. W ostatnich latach życia ściągnął do siebie kilku biegłych artystów, a jego najmilszą rozrywką było obmyślanie rysunków i kartonów do tych obrazów i pomaganie w ich wykonaniu.
Wilhelm nie mógł się dosyć nacieszyć przedmiotami, które go otaczały.
— Cóż to za życie — zawołał — w tej sali przeszłości! Równie dobrze można ją nazwać salą teraźniejszości i przyszłości. Takie wszystko było i takie wszystko będzie! Nie ma nic znikomego prócz tej jednostki, która używa i przypatruje się. Ten tu obraz matki przyciskającej dziecię do serca, przeżyje wiele pokoleń szczęśliwych matek. Po całych stuleciach może jakiś ojciec ucieszy się z tego brodatego mężczyzny, który zrzuca z siebie powagę i przekomarza się ze swym synkiem. Tak zawstydzona będzie po wszystkie czasy siedzieć narzeczona i potrzebować wobec swoich cichych życzeń, by ją pocieszano, by do niej przemawiano; tak niecierpliwie nasłuchiwać będzie na progu narzeczony, czy wolno mu wejść do wnętrza.
Oczy Wilhelma błądziły po niezliczonych obrazach. Od pierwszego wesołego popędu dzieciństwa, by każdej kończyny użyć i wyćwiczyć ją w grze, aż do spokojnej odosobnionej powagi mędrca widzieć było można w pięknej żywej sekwencji, jak człowiek nie posiada ani jednej skłonności i zdolności, którą by się nie posługiwał, z której by nie korzystał. Od pierwszego delikatnego poczucia godności własnej, kiedy dziewczyna nie śpieszy się z wydobyciem dzbana z przezroczystej wody, przypatrując się tymczasem z upodobaniem swemu obrazowi, aż do tych wielkich uroczystości, kiedy królowie i ludy wzywają bogów przy ołtarzu na świadków swoich sojuszów, ukazywało się wszystko znaczące i potężne.
W tym samym miejscu widza otaczał jakiś świat, niebo, a oprócz myśli wzbudzanych przez owe wyobrażone postacie, oprócz uczuć, jakimi one przejmowały, zdawało się, że obecne jest tu jeszcze coś innego, czym człowiek czuł się na wskroś przeniknięty. Zauważył to i Wilhelm, nie mogąc sobie zdać z tego sprawy.
— Co to takiego — zawołał — to, co niezależne od wszelkiego znaczenia, wolne od wszelkiego współczucia, jakim nas przejmują zdarzenia i losy ludzkie, może na mnie działać tak silnie, a zarazem tak ujmująco? Przemawia ono z całości, przemawia z każdej cząstki, chociaż nie mogę tamtej zrozumieć, a tych w szczególności przyswoić sobie. Jakiż to czar przeczuwamy w tych powierzchniach, w tych liniach, w tych wysokościach i szerokościach, w tych masach i barwach! Co to takiego, co czyni te figury, rozpatrywane choćby tylko powierzchownie, tak wdzięcznymi już jako ozdoby jedynie? Tak, czuję to, można by tutaj przebywać, odpoczywać, oczyma wszystko obejmować, uznawać się za szczęśliwego i zupełnie co innego czuć i myśleć niż to, co stoi przed oczyma.
Z pewnością, gdybyśmy mogli opisać, jak udatnie wszystko było podzielone, jak na wyznaczonym miejscu wskutek połączenia lub przeciwieństwa, wskutek jednostajności lub różnorodności barwy wszystko określone, wydawało się tak, a nie inaczej, niż się wydawać powinno, i wywoływało tak doskonałe i wyraźne wrażenie, to przenieślibyśmy czytelnika tam, skąd nieprędko pragnąłby się oddalić.
Cztery duże, marmurowe kandelabry stały w kątach sali, cztery mniejsze w środku, wokół bardzo pięknie rzeźbionego sarkofagu, który ze względu na swą wielkość mógł pomieścić tylko młodą osobę średniego wzrostu.