— Chciałbym — odparł Wilhelm — żebyś pan mówił z własnego popędu i z dobrej woli oświecenia mnie, a ponieważ nie mogę słuchać pana bez nieufności, po cóż więc mam słuchać?
— Jeżeli obecnie nie mam nic lepszego do roboty — odrzekł Jarno — niż opowiadanie baśni, to przecież i pan masz czas, by im poświęcić trochę uwagi. Być może będziesz pan do tego skłonniejszy, gdy powiem panu zaraz z początku: wszystko, co pan widziałeś na wieży, są to właściwie tylko szczątki młodzieńczego przedsięwzięcia, które zrazu większość wtajemniczonych traktowała bardzo poważnie, a z którego teraz wszyscy przy sposobności uśmiechają się tylko.
— A więc tymi poważnymi znakami i słowami igra się tylko! — zawołał Wilhelm. — Prowadzą nas uroczyście na miejsce, które budzi w nas podziw, pokazują nam najdziwaczniejsze zjawiska, dają nam zwoje pełne wspaniałych, tajemniczych maksym, z których co prawda niewiele rozumiemy, oświadczają nam, żeśmy dotąd byli uczniami, wyzwalają nas, a my wiemy tyle samo co i przedtem.
— Czy nie masz pan przy sobie tego pergaminu? — zapytał Jarno. — Zawiera wiele dobrych rzeczy, gdyż te maksymy nie są brane znikąd; temu jedynie wydają się puste i ciemne, kto sobie przy nich nie przypomina własnych doświadczeń. Daj no mi pan tak zwane świadectwo wyzwolenia, jeżeli je masz na podorędziu.
— Pewnie, że mam — odparł Wilhelm — taki amulet trzeba przecie zawsze nosić na piersiach.
— No! — odrzekł Jarno, uśmiechając się — kto tam wie, czy jego treść nie znajdzie kiedyś miejsca w pańskiej głowie i sercu.
Jarno zajrzał do pisma i przebiegł oczyma pierwszą połowę.
— Ta część — rzekł — odnosi się do wykształcenia zmysłu artystycznego, o czym niechaj inni mówią; druga traktuje o życiu, a tu jestem bardziej w domu.
Zaczął potem odczytywać pewne ustępy, mówił przy tym i dołączał swoje uwagi i opowiadania.
„Skłonność młodości do tajemnicy, do ceremonii i wielkich słów jest nadzwyczajna i stanowi często oznakę pewnej głębi charakteru. W tych latach pragniemy czuć całą istotę naszą przenikniętą i wzruszoną, choćby tylko w sposób niejasny i nieokreślony. Młodzieniec, który wiele przeczuwa, mniema, iż powinien wiele znaleźć w tajemnicy, wiele w tę tajemnicę włożyć i przez nią działać. W takich usposobieniach utwierdził ksiądz młode towarzystwo, częściowo według zasad swoich, częściowo ze skłonności i przyzwyczajenia, gdyż niegdyś był w związku z pewnym stowarzyszeniem, które wiele podobno zdziałało po kryjomu. Ja najmniej się nadawałem do takiego trybu postępowania. Byłem starszy od innych, od młodości widziałem jasno i we wszystkim pragnąłem jedynie jasności; nie miałem innego zainteresowania niż poznanie świata takiego, jakim jest, i tą pasją zaraziłem co najlepszych z reszty towarzyszy, a z tego powodu całe nasze wykształcenie o mało co nie poszło w fałszywym kierunku; zaczęliśmy bowiem widzieć tylko błędy innych i ich ograniczenia, siebie zaś uważać za istoty doskonałe. Ksiądz przyszedł nam z pomocą i nauczył nas, że nie powinno się obserwować ludzi, nie interesując się ich wykształceniem, i że właściwie siebie samych można zaobserwować i podsłuchać jedynie w działaniu. Doradził nam zachować te pierwotne formy stowarzyszenia; pozostało zatem w naszych zebraniach coś prawnego; ceniono pierwsze mistyczne wrażenia w urządzeniu całości; potem przybrało, jakby symbolicznie, postać rzemiosła, które wznosiło się do sztuki. Stąd poszły nazwy: terminatorów, czeladników i mistrzów. Chcieliśmy widzieć na własne oczy i utworzyć sobie własne archiwum naszej znajomości świata, stąd powstały liczne wyznania, które częściowo pisaliśmy sami, częściowo inni, zachęceni przez nas, a z których następnie układane były lata nauki. Nie jest rzeczą wszystkich ludzi dbać o swe wykształcenie; wielu pragnie tylko jakiegoś domowego środka na utrzymanie zdrowia, jakiejś recepty na bogactwo i na wszelkiego rodzaju szczęśliwość. Ci wszyscy, którzy nie chcieli być postawieni na własne nogi, zostali za pomocą mistyfikacji i innego hokus-pokus częściowo powstrzymani, częściowo usunięci. Tych tylko wyzwalaliśmy po swojemu, którzy żywo czuli i jasno rozumieli, po co się narodzili, i którzy nabyli dostatecznej wprawy, by z pewną pogodą i łatwością, iść dalej swoją drogą.