Rozdział szósty

Znów tedy połączyło się towarzystwo, a nasi przyjaciele poczuli się zmuszeni do przerwania rozmowy. Niebawem oznajmiono posłańca, który chciał oddać list do własnych rąk Lothara; wprowadzono tego człowieka; wyglądał krzepko i dzielnie, liberia na nim była bardzo bogata i pełna smaku. Wilhelmowi zdawało się, że go zna, i nie mylił się; był to ten sam człowiek, którego niegdyś posłał za Filiną i rzekomą Marianną, a który już nie powrócił. Chciał właśnie do niego przemówić, gdy Lothar, przeczytawszy list, zapytał go ostro i niemal opryskliwie:

— Jak się nazywa wasz pan?

— Ze wszystkich pytań — odparł posłaniec skromnie — na to najmniej potrafię odpowiedzieć; spodziewam się, że list mieści, co potrzeba; ustnie nic mi nie polecono.

— Rób sobie, jak chcesz — odpowiedział Lothar z uśmiechem — kiedy wasz pan ma do mnie takie zaufanie, iż pisze, tak klucząc, to mile go przywitamy.

— Nie da długo na siebie czekać — odparł posłaniec z ukłonem i odszedł.

— Posłuchajcie no — rzekł Lothar — tego głupiego, płaskiego pisania: „Ponieważ spomiędzy wszystkich gości — tak pisze nieznajomy — dobry humor powinien być gościem najmilszym, jeżeli się pojawi, a ja go ustawicznie wożę ze sobą jako towarzysza podróży, jestem tedy przekonany, że odwiedziny, jakie Waszej Miłości złożyć zamierzyłem, nie zastaną wzięte za złe, spodziewam się raczej, że przybyciem swoim sprawię zupełne zadowolenie całej prześwietnej familii, a przy sposobności znów się oddalę, polecając się i tak dalej, hrabia von Schneckenfuss”.

— To jakaś nowa rodzina — rzekł ksiądz.

— Pewnie tylko surogat hrabiego (ein Vicariatsgraf) — odparł Jarno.

— Łatwo odgadnąć tajemnicę — powiedziała Natalia. — Założę się, że to brat Fryderyk, który nam grozi odwiedzinami już od śmierci stryja.