— Ona sama jest na bardzo dobrej drodze — odrzekł Fryderyk — na drodze do zostania świętą. Zapewne to manowce, ale tym weselsze i bezpieczniejsze; Maria Magdalena164 szła nimi także, a kto wie, ile innych. W ogóle, siostro, kiedy jest mowa o miłości, nie powinnaś się wcale do niej wtrącać. Myślę, że nie wcześniej wyjdziesz za mąż, aż gdzieś nie zabraknie narzeczonej, a wtedy ze zwykłej sobie dobroci serca oddasz się jako dodatek do czyjegoś życia. A więc pozwól nam teraz dobić targu z tym oto kupcem dusz i umówić się co do naszego towarzystwa podróżnego.

— Przybywasz pan za późno ze swymi projektami — rzekł Jarno — o Lidii już pomyślano.

— A to jak? — spytał Fryderyk.

— Ja ofiarowałem jej swą rękę — odparł Jarno.

— Starszy panie — rzekł Fryderyk — robicie oto figla, do którego, uważając go za rzeczownik, można by dobrać rozmaitych przymiotników, a uważając za podmiot rozmaitych orzeczeń.

— Wyznam szczerze — zauważyła Natalia — to niebezpieczna próba, by przywłaszczać sobie dziewczynę w chwili, kiedy rozpacza z powodu miłości do innego.

— Odważyłem się na to — odparł Jarno. — Pod pewnym warunkiem będzie moja. A wierz mi, pani, że nie ma w świecie niczego cenniejszego niż serce zdolne do miłości i namiętności. Czy kochało? Czy kocha jeszcze? Nie o to chodzi. Miłość, którą kochany był ktoś inny, jest dla mnie prawie powabniejsza niż ta, którą bym ja mógł być kochany; widzę siłę, potęgę pięknego serca, gdy miłość własna nie mąci mi jasnego widzenia rzeczy.

— Czyś pan w tych dniach mówił już z Lidią? — zapytała Natalia.

Jarno skłonił głowę z uśmiechem; Natalia potrząsnęła głową i powstając, rzekła:

— Wkrótce nie będę wiedziała, co z wami począć, ale mnie z pewnością nie zwiedziecie.