Fryderyk, który dotąd tylko się przysłuchiwał, rzekł na to:
— A jeżeli mi powiecie dobre słowo, też pójdę z wami.
Jarno potrząsnął głową.
— No, cóż mi takiego zarzucacie? — mówił Fryderyk dalej. — W nowej kolonii potrzebni są także nowi koloniści, a ja ich ze sobą sprowadzę, a do tego kolonistów wesołych, za to ręczę. A potem znam też pewną młodą dziewczynę, która tutaj nie ma już stosownego miejsca, to słodka, czarująca Lidia. Gdzież się podzieje to biedne dziecko ze swym cierpieniem i żalem, jeśli nie będzie miała sposobności cisnąć ich w głąb morza i jeśli nie zajmie się nią jakiś uczciwy mężczyzna? Sądziłbym, mój przyjacielu młodości, że ponieważ nabraliście już wprawy w pocieszaniu opuszczonych, zdecydujecie się też, żeby każdy wziął swoją dziewczynę pod ramię i żebyśmy poszli za starszym panem.
Pomysł ten sprawił Wilhelmowi przykrość. Odpowiedział z udanym spokojem:
— Nie wiem nawet, czy jest wolna, a ponieważ w ogóle nie wydaje się, żebym był szczęśliwy w zalotach, nie chciałbym robić takiej próby.
Natalia rzekła na to:
— Bracie Fryderyku, ponieważ sam postępujesz tak lekkomyślnie, wydaje ci się, że i inni mają twoje usposobienie. Nasz przyjaciel zasługuje na kobiece serce, które by do niego całkiem należało, które by przy jego boku nie biło dla obcych wspomnień. Tylko wobec tak nadzwyczajnie rozumnego i czystego charakteru, jak Teresy, można by doradzać podobny hazard.
— Co za hazard! — zawołał Fryderyk — w miłości wszystko jest hazardem. W altanie czy przed ołtarzem, przy uściskach czy złotych obrączkach, przy ćwierkaniu świerszczy czy wobec trąb i kotłów, wszystko jest jedynie hazardem, a przypadek rządzi wszystkim.
— Zawsze to spostrzegałam — odparła Natalia — że nasze zasady są tylko dodatkiem do naszego życia. Aż zanadto chętnie zarzucamy na nasze błędy szatę jakiegoś ważnego prawa. Zważ tylko dobrze, po jakiej drodze poprowadzi cię jeszcze twoja piękna, która cię pociągnęła w tak potężny sposób i trzyma przy sobie.