MŁODZIEŃCY
Dobrze zabezpieczony jest już skarb, piękny utwór przeszłości! Tu w marmurze spoczywa niepożyty, a w sercach naszych żyje, działa wciąż. Wracajcie, wracajcie do życia! Weźcie stąd z sobą świętą powagę, gdyż tylko powaga, ta święta, sama jedna przetwarza życie na wieczność.
Niewidzialny chór dołączył do ostatnich słów, ale nikt z towarzystwa nie słyszał pokrzepiających wyrazów; każdy był zbyt pochłonięty dziwnymi odkryciami i własnymi wzruszeniami. Ksiądz i Natalia wyprowadzili markiza, Wilhelma, Teresę i Lothara i dopiero kiedy śpiew przebrzmiał zupełnie, opadły ich na nowo w całej sile bóle, rozważania, myśli, ciekawość, i z tęsknotą zwracali się ku owemu żywiołowi.
Rozdział dziewiąty
Markiz unikał rozmowy o tej sprawie, ale potajemnie prowadził z księdzem długie narady. Gdy towarzystwo zebrało się razem,bardzo często prosił o muzykę; chętnie spełniano to życzenie, gdyż każdy rad był uwolnić się od rozmowy. Tak spędzono czas jakiś, aż zauważono, że przygotowuje się do wyjazdu. Pewnego dnia rzekł do Wilhelma:
— Nie pragnę niepokoić zwłok dobrego dziecięcia; niech pozostanie w tym miejscu, gdzie kochało i cierpiało, ale jego przyjaciele muszą mi przyrzec, że odwiedzą mnie w jego ojczyźnie, w tych stronach, gdzie biedne stworzenie urodziło się i wychowało, muszą zobaczyć te kolumny i posągi, o których pozostało mu na zawsze niejasne wyobrażenie. Zaprowadzę ich do zatok, w których tak lubiła zbierać kamyczki. Ty, kochany młodzieńcze, nie zechcesz się odsunąć od wdzięczności rodziny, która ci tyle winna. Jutro odjeżdżam. Księdzu powierzyłem całą historię, on ją wam opowie; mógł mi wybaczyć, kiedy żal przerywał mi mowę, a jako osoba trzecia wyłoży wydarzenia bardziej spójnie. Jeżeli pan chcesz jeszcze, jak to planował ksiądz, towarzyszyć mi w podróży po Niemczech, to z chęcią pana zabiorę. Nie opuszczaj pan swego chłopca; przy każdej drobnej niedogodności, jaką nam sprawi, będziemy przypominać sobie pańską troskliwość o moją biedną siostrzenicę.
Jeszcze tego samego wieczoru niespodzianie przybyła hrabina. Wilhelm drżał na całym ciele, kiedy weszła, a ona, chociaż przygotowana, trzymała się siostry, która niebawem podała jej krzesło. Jak dziwnie proste było jej ubranie i jak zmieniona jej postać! Wilhelm ledwie śmiał na nią spojrzeć. Przywitała go przyjaźnie, a kilka ogólnikowych słów nie mogło ukryć jej uczuć i wzruszeń. Markiz poszedł zawczasu do łóżka, a towarzystwo nie miało jeszcze ochoty do rozstania się; ksiądz wyjął jakiś rękopis.
— Tę dziwną historię — rzekł — przelałem zaraz na papier, tak jak mi ją powierzono. Gdzie trzeba najmniej oszczędzać atramentu i pióra, to przy spisywaniu szczegółowych okoliczności zastanawiających zdarzeń.
Wyjaśniono hrabinie, o czym mowa, a ksiądz zaczął czytać:
„Ojca mojego — mówił markiz — choć tyle świata widziałem, muszę uważać za jednego z najosobliwszych ludzi. Charakter jego był szlachetny i otwarty, jego pojęcia szerokie i, rzec można, wielkie; był surowy wobec samego siebie; we wszystkich jego planach znajdowało się niepodrobioną konsekwencję, we wszystkich czynnościach nieprzerwaną prawidłowość kroków. O ile zatem z jednej strony można z nim było zostawać w dobrych stosunkach i przeprowadzać interesy, o tyle z powodu tychże właściwości, nie potrafił znaleźć się w świecie, ponieważ wymagał od państwa, od sąsiadów, od dzieci i domowników zachowania wszystkich tych praw, jakie sam sobie nałożył. Jego najbardziej umiarkowane wymagania popadały w przesadę wskutek jego surowości, nigdy też nie mógł się cieszyć, ponieważ nic nie działo się w sposób, jaki sobie obmyślił. W chwili kiedy budował pałac, zakładał ogród, nabywał nowy wielki majątek w najśliczniejszym położeniu, widziałem go przejętego w duszy najpoważniejszym gniewem, iż go los skazał na to, żeby sobie odmawiał lub cierpiał niedostatek, W swoim wyglądzie zewnętrznym zachowywał największą godność; jeśli żartował, to okazywał jedynie przewagę swego rozsądku; było dla niego rzeczą nie do zniesienia narażać się na naganę i tylko raz w życiu widziałem, jak nie posiadał się z gniewu, gdy słyszał, iż o jednym z jego urządzeń mówiono jak o czymś śmiesznym.