W tym samym duchu rozporządzał swoimi dziećmi i majątkiem. Mój najstarszy brat został wychowany na człowieka, który ma kiedyś posiadać wielkie dobra. Ja miałem wstąpić do stanu duchownego, a najmłodszy zostać żołnierzem. Ja byłem żywy, ognisty, czynny, porywczy, zdatny do wszelkich ćwiczeń cielesnych. Najmłodszy wydawał się skłonniejszy do pewnego marzycielskiego spokoju, oddając się naukom, muzyce i poezji. Dopiero po najuporczywszej walce, po najzupełniejszym przekonaniu się o niemożności ojciec zezwolił, chociaż z niechęcią, żebyśmy zamienili się zawodami, a chociaż widział, że obaj jesteśmy zadowoleni, nie mógł tego zrozumieć i zapewniał, że nie wyniknie stąd nic dobrego. Im bardziej się starzał, tym bardziej czuł się odcięty od wszelkiego towarzystwa. W końcu żył prawie całkiem samotnie.
Jego jedynym towarzyszem pozostał tylko pewien stary przyjaciel, który służył w Niemczech, w czasie wojny stracił żonę i przywiózł ze sobą córkę, liczącą około lat dziesięciu. Kupił on sobie w sąsiedztwie ładny majątek, widywał się z moim ojcem w określonych dniach i godzinach tygodnia, kiedy przyprowadzał też czasami swoją córkę. Z moim ojcem nigdy się nie sprzeczał, a ten w końcu przywykł do niego zupełnie i znosił go jako jedynego możliwego towarzysza. Po śmierci naszego ojca zauważyliśmy, że ten człowiek został przez naszego rodzica bardzo świetnie obdarowany i nie tracił czasu na próżno; rozszerzył swe dobra, a jego córka mogła spodziewać się pięknego posagu. Dziewczyna rosła i odznaczała się dziwną pięknością; starszy brat często żartował ze mnie, że powinienem się do niej zalecać.
Tymczasem brat Augustyn spędzał swe lata w klasztorze w najosobliwszym stanie; oddał się całkowicie rozkoszy świętobliwego marzycielstwa, owym na pół duchowym, na pół fizycznym wzruszeniem, które, unosząc go przez pewien czas do trzeciego nieba, wkrótce spychały w otchłań niemocy i okropnej próżni. Za życia ojca nie było można myśleć o żadnej zmianie, a zresztą czegóż należało pragnąć lub co planować? Po śmierci ojca odwiedzał nas pilnie; jego stan, który z początku nas bolał, stawał się z wolna o wiele znośniejszy, gdyż zwyciężył rozum. Jednak im pewniej rozum ten obiecywał całkowite zadowolenie i wyleczenie na czystej drodze natury, tym natarczywiej żądał od nas, żebyśmy go wyzwolili z jego ślubów; dał nam do zrozumienia, że jego zamiar zwraca się ku Speracie, naszej sąsiadce.
Mój starszy brat za dużo wycierpiał wskutek surowości ojca, ażeby mógł się nie wzruszyć stanem najmłodszego. Pomówiliśmy ze spowiednikiem naszej rodziny, zacnym starcem, odkryliśmy mu podwójny zamiar brata i prosiliśmy, żeby zajął się tą sprawą i popierał ją. Wbrew swemu zwyczajowi wzdragał się; kiedy zaś w końcu brat nalegał na nas, a my żywiej przełożyliśmy sprawę księdzu, musiał się zdecydować na wyjawienie nam osobliwej historii.
Sperata była naszą siostrą, i to zarówno po ojcu, jak po matce; skłonność i żądza raz jeszcze ogarnęły tego mężczyznę w późnych latach, kiedy wydawało się, że prawa małżonków już wygasły; z powodu podobnego wypadku na krótko przedtem śmiano się w okolicy, a ojciec, nie chcąc także wystawić się na śmieszność, postanowił ten późny, prawny owoc miłości ukryć z taką samą troskliwością, z jaką się zazwyczaj ukrywa dawniejsze przypadkowe owoce chuci. Nasza matka urodziła potajemnie; dziecko wysłano na wieś, a stary przyjaciel domu, który wraz ze spowiednikiem jako jedyny znał tajemnicę, łatwo dał się namówić, by podawać za swą córkę. Spowiednik postawił tylko warunek, że w razie konieczności może odkryć tajemnicę. Ojciec umarł, delikatna dziewczynka żyła pod nadzorem jakiejś staruszki; wiedzieliśmy, że śpiew i muzyka już zaprowadziły do niej naszego brata, a że kilkakrotnie domagał się od nas, abyśmy rozerwali jego dawne więzy, by mógł zadzierzgnąć nowe, trzeba było jak najprędzej powiadomić go o niebezpieczeństwie, na jakie się narażał.
Spojrzał na nas dzikimi, wzgardliwymi oczyma.
— Schowajcie — zawołał — swoje nieprawdopodobne baśnie dla dzieci i łatwowiernych głupców; mnie nie wydrzecie Speraty z serca, ona jest moja. Wyprzyjcie się natychmiast swego okropnego widma, które by mnie na próżno tylko trwożyło. Sperata nie jest moją siostrą, ona jest moją żoną!
Z zachwytem opisał nam, jak niebiańskie dziewczę wyprowadziło go ze stanu nienaturalnego odłączenia się od ludzi i wwiodło w prawdziwe życie, jak oba umysły harmonizowały z sobą jak i ich obie krtanie, i jak błogosławił wszystkie swoje cierpienia i błędy, dlatego że dotychczas trzymały go z dala od wszystkich kobiet i że teraz może się całkowicie i niepodzielnie oddać najmilszej dziewczynie.
Odkrycie to przejęło nas trwogą; bolał nas jego stan, nie wiedzieliśmy, co począć; zapewniał nas gwałtownie, że Sperata nosi w swym łonie jego dziecko. Nasz spowiednik zrobił wszystko, co mu nakazywał obowiązek, ale przez to zło się jedynie pogorszyło. Wymagania natury i religii, obowiązków moralnych i praw państwowych były zaciekle zwalczane przez mojego brata. Nic nie wydawało mu się święte prócz związku ze Speratą, nic nie wydawało mu się godne prócz nazwy ojca i małżonka.
— Tylko to — wołał — jest zgodne z naturą, wszystkie inne rzeczy są urojeniami i mniemaniami. Czyż nie było szlachetnych ludów, które uznawały małżeństwo z siostrą? Nie powołujcie się na swoich bogów! — mówił. — Używacie ich imion tylko wtedy, kiedy nas chcecie oszukać, kiedy chcecie nas zwieść z drogi natury, a najszlachetniejsze popędy przekształcić w występki za pomocą najwstrętniejszego przymusu. Zmuszacie ofiary, które żywcem grzebiecie, do największego zamętu ducha, do najokropniejszego udręczenia ciała. Mogę tak mówić, bo cierpiałem jak nikt inny, od najwyższej, najsłodszej pełni marzycielstwa aż do straszliwych pustyń niemocy, próżni, unicestwienia i rozpaczy, od najwznioślejszych przeczuć co do istot nadziemskich aż do najzupełniejszej niewiary, do niewiary w samego siebie. Wypiłem wszystkie te obrzydliwe męty z dna kielicha o słodzonych brzegach, a cała moja istota została zatruta aż do najgłębszej głębi. A teraz, kiedy dobrotliwa natura uzdrowiła mnie największym swym darem, miłością, kiedy na piersi niebiańskiej dziewicy znów czuję, że jestem ja, że jest ona, że jesteśmy jednym, że z tego żywotnego połączenia ma powstać coś trzeciego i uśmiechnąć się do nas, teraz wypuszczacie płomienie swych piekieł, swoich czyśćców, które mogą osmalić jedynie słabą wyobraźnię, i przeciwstawicie je żywej, prawdziwej, niezniszczalnej rozkoszy czystej miłości! Spotkajcie się z nami pod tymi cyprysami, które swe poważne wierzchołki wznoszą ku niebu, odwiedźcie nas w tych szpalerach, gdzie cytryny i pomarańcze obok nas kwitną, gdzie zdobny mirt dostarcza nam swoich delikatnych kwiatów, i tam się odważcie trwożyć nas swymi ponurymi, szarymi sieciami, wysnutymi przez ludzi!