Długo obstawał przy uporczywej niewierze w nasze opowiadanie, a w końcu, gdyśmy mu zaprzysięgli jego prawdziwość, gdy go o tym zapewnił sam spowiednik, nie dał się tym zwieść, ale przeciwnie, zawołał:

— Nie pytajcie odgłosu klasztornych korytarzy ani swego zmurszałego pergaminu, ani tych wykrętnych mrzonek i zarządzeń! Spytajcie natury i swego serca; ona was nauczy, przed czym wzdrygać się macie, ona wam najsurowiej palcem wskaże, na co rzuca swe wiekuiste i nieodwołalne przekleństwo. Patrzcie na lilie: czy mąż i żona nie wyrastają z jednej łodygi? Czy obojga nie łączy kwiat, które je wydał, a czyż lilia nie jest obrazem niewinności i czyż jej związek bratnio-siostrzany nie jest płodny? Kiedy natura czegoś nie znosi, wyraża to głośno; istota, która nie powinno żyć, nie może się zrodzić; istota, która żyje fałszywie, wcześnie ginie. Niepłodność, nędzne istnienie, przedwczesny rozkład: oto jej przekleństwa, oznaki jej surowości. Karze tylko za pomocą bezpośrednich skutków. Tam! Obejrzyjcie się wokół siebie, a co jest zakazane, co jest przeklęte, zaraz wpadnie wam w oczy. W ciszy klasztornej i w zgiełku światowym uświęca się i czci tysiące czynów, na których spoczywa jej przekleństwo. Spogląda ona smutnymi oczyma na wygodne lenistwo tak samo jak na nadmierną pracę, na samowolę i nadmiar tak samo jak na konieczność i niedostatek; nawołuje do umiarkowania; wszystkie jej wymagania są prawdziwe, a wszystkie jej działania są spokojne. Kto tak cierpiał, jak ja, ten ma prawo być wolny. Sperata jest moja; tylko śmierć mi ją odbierze. Jak mogę ją zatrzymać? Jak mogę stać się szczęśliwy? To wasza troska! Teraz natychmiast idę do niej, aby się już z nią nie rozłączyć.

Chciał wsiąść na statek, by się do niej przeprawić, powstrzymaliśmy go, prosząc, żeby nie robił kroku, który mógł by mieć najokropniejsze następstwa, żeby się zastanowił, iż przecież nie żyje w wolnym świecie swoich myśli i wyobrażeń, ale pod rządem, którego ustawy i stosunki przybrały niezłomność prawa natury.

Musieliśmy przyrzec spowiednikowi, że nie spuścimy brata z oczu, a tym bardziej nie pozwolimy mu wyjść z zamku; wtedy dopiero odszedł, obiecując powrócić za kilka dni. Cośmy przewidywali, to się stało; rozum zrobił naszego brata silnym, ale serce jego było miękkie; dawniejsze wzruszenia religijne ożyły na nowo, a opanowały go najokropniejsze wątpliwości. Przepędził tak dwie straszliwe doby; spowiednik przybył mu z pomocą, ale na próżno! Niczym niekrępowany, wolny rozum uniewinniał go; jego uczucie, religia, wszystkie nabyte wyobrażenia ogłaszały go przestępcą.

Pewnego poranku zastaliśmy jego pokój pusty; na stole leżał papier, w którym on oświadczał nam, że ponieważ przemocą trzymamy go w niewoli, ma prawo szukać dla siebie wolności, że ucieka, udając się do Speraty, że ma nadzieję umknąć wraz z nią, że jest przygotowany na wszystko, gdyby ich chciano rozdzielić.

Niemało się przeraziliśmy, lecz spowiednik prosił nas, żebyśmy byli spokojni. Biedny brat był uważnie obserwowany; flisacy, zamiast go przeprawić, zaprowadzili go do właściwego klasztoru. Zmęczony czterdziestogodzinnym czuwaniem, zasnął, gdy tylko w świetle księżyca łódź zaczęła go kołysać, a obudził się dopiero, gdy ujrzał się w rękach swych duchownych braci; nie otrząsnął się, dopóki nie usłyszał, jak zamyka się za nim furta klasztoru.

Boleśnie dotknięci losem brata, robiliśmy naszemu spowiednikowi nader żywe wyrzuty, ale ten czcigodny człowiek wkrótce przekonał nas, dowodzeniem lekarza ran duszy, że nasza litość była zgubna dla biednego chorego, że działa nie z własnej samowoli, lecz na rozkaz biskupa i wysokiej rady. Zamiarem było uniknąć wszelkiego publicznego zgorszenia i zakryć ten smutny przypadek zasłoną tajnej kary kościelnej. Speratę należało oszczędzić; nie miała się wcale dowiedzieć, że jej kochanek był zarazem jej bratem. Opiekę nad nią polecono duchownemu, któremu już przedtem wyznała swój stan. Zdołano zataić jej brzemienność i połóg. W drobnej istotce znalazła szczęście jako matka. Jak większość naszych dziewcząt nie umiała ani pisać, ani czytać, dawała więc swemu ojcu duchownemu zlecenia, co ma powiedzieć jej kochankowi. Ten mniemał, że karmiącej matce należy się to pobożne oszukaństwo i przynosił jej wiadomości o naszym bracie, którego nigdy nie widział, napominał ją w jego imieniu do spokoju, prosił, żeby dbała o siebie i dziecko, a co do przyszłości zaufała Bogu.

Sperata była z natury skłonna do religijności. Stan jej, samotność zwiększały ten pociąg; duchowny podtrzymywał go, by powoli przygotować ją do rozstania na wieki. Gdy tylko dziecko zostało odstawione od piersi, gdy tylko uznał jej ciało za dość silne, by mogło znieść najdotkliwsze cierpienia duszy, zaczął jej w okropnych barwach odmalowywać występek oddania się księdzu, występek, który traktował jako rodzaj grzechu przeciwko naturze, jako kazirodztwo. Wpadł bowiem na dziwaczną myśl, żeby jej skruchę uczynić równą tej, jaką musiałaby odczuwać, gdyby znała prawdziwy charakter swego błędu. Tym sposobem wprowadził do jej duszy tyle żalu i zgryzoty, tak bardzo wywyższył przed nią ideę Kościoła i jego głowy, wskazywał jej straszne skutki dla zbawienia wszystkich dusz, gdyby w takich wypadkach chciano pobłażać, a nawet jeszcze nagradzać winnych prawowitym związkiem, dowodził jej, jak zbawienną rzeczą jest odpokutować taki błąd tu, na ziemi, a za to kiedyś osiągnąć koronę niebieską, że w końcu jako biedna grzesznica poddała szyję pod topór i prosiła usilnie, by ją na wieki oddalono od naszego brata. Kiedy tyle już od niej uzyskano, pozwolono jej, ale pod pewnym nadzorem, przebywać na wolności bądź w swoim mieszkaniu, bądź w klasztorze, jak będzie uważać za stosowne.

Dziecko jej rosło i okazało niebawem szczególne usposobienie. Bardzo szybko potrafiło biegać i poruszać się z niepospolitą zręcznością, wreszcie zaczęło całkiem ładnie śpiewać i prawie samo nauczyło się grać na gitarze. Nie mogło się tylko wypowiadać słowami, a przeszkoda, jak się zdawało, leżała raczej w jego sposobie myślenia niż w organach mowy.

Biedna matka tymczasem czuła smutny stosunek do dziecka; nauki duchownego tak zmąciły jej wyobrażenia, że, nie będąc obłąkana, znalazła się w najdziwniejszym stanie. Jej występek wydawał jej się coraz straszniejszy i bardziej godny kary; często powtarzane przez duchownego porównanie z kazirodztwem tak głęboko wyryło się w jej sercu, że doznawała takiego obrzydzenia, jakby znała rzeczywisty stosunek. Spowiednik niemało nałamał sobie głowę, badając, jakimi to środkami rozdarł serce nieszczęśliwej istoty. Okropnie było patrzeć, jak miłość macierzyńska, która tak była skłonna do serdecznej radości z istnienia dziecka, walczyła ze straszną myślą, że dziecko to istnieć nie powinno. To oba te uczucia walczyły ze sobą, to obrzydzenie brało górę nad miłością.