Dziecko już dawno jej odebrano i oddano poczciwym ludziom nad jeziorem, a przy większej swobodzie, jaką tam miało, ujawniła się niebawem jego szczególna chęć wdrapywania się. Naturalnym odruchem było u niej wspinanie się na najwyższe wierzchołki, bieganie po burtach łódek i naśladowanie najdziwaczniejszych sztuk linoskoczków, których czasem można było spotkać w tej okolicy.
Aby się w tym wszystkim łatwiej wyćwiczyć, lubiła zamieniać ubranie z chłopcami, a chociaż jej opiekunowie poczytywali to za rzecz w najwyższym stopniu nieprzyzwoitą i niestosowną, kazaliśmy im patrzeć na to przez palce. Jej zabawne bieganiny i skoki czasami prowadziły ją daleko; gubiła się, nie było jej i wracała. Po powrocie siadywała zazwyczaj pod kolumnami przysionku sąsiedniej willi; nie szukano jej, czekano tylko. Tam zdawała się odpoczywać na stopniach; potem wbiegała do wielkiej sali, oglądała posągi, a kiedy nie została specjalnie zatrzymana, śpieszyła do domu.
W końcu nasze nadzieje zostały zawiedzione, a nasza wyrozumiałość ukarana. Dziecko znikło; jego kapelusz znaleziono unoszący się na wodzie, niedaleko miejsca, gdzie górski potok z wysoka wpada do jeziora. Przypuszczano, że wdrapując się pomiędzy skały, zsunęła się nieszczęśliwie; pomimo dokładnych poszukiwań nie udało się znaleźć ciała.
Wskutek nieostrożnej paplaniny towarzyszek dziewczynki Sperata wkrótce dowiedziała się o śmierci swego dziecka. Wydawała się spokojna i pogodna i dawała dość wyraźnie do zrozumienia, że cieszy się, iż Bóg zabrał do siebie biedne stworzenie i zapobiegł przez to większemu nieszczęściu, jakie byłoby można znieść lub sprawić.
Przy tej sposobności przytaczano wszystkie baśnie, jakie zwykło się opowiadać o naszych wodach. Mówiono: jezioro musi co roku dostać niewinne dziecko; nie cierpi martwego ciała i prędzej czy później wyrzuca je na brzeg, ba, nawet ostatnia kosteczka, jeśli spadła na dno, musi wydostać się na wierzch. Opowiadano historię niepocieszonej matki, której dziecko utonęło w jeziorze i która wzywała Boga i świętych, by przynajmniej zwrócono jej kości do pogrzebania: potem najbliższa burza wyniosła na brzeg czaszkę, następna tułów; a kiedy zebrało się wszystko, matka poniosła kości w chustce do kościoła, ale o cudzie! kiedy wchodziła do świątyni, paczka stawała się coraz cięższa, a wreszcie, kiedy złożyła ją na stopniach ołtarza, dziecko zaczęło krzyczeć i ku zdziwieniu wszystkich oswobodziło się z chustki; brakowało tylko kosteczki z małego palca prawej ręki, której potem matka starannie szukała i znalazła, a którą do tej pory przechowuje się na pamiątkę w kościele pośród innych relikwii.
Opowieści te wywarły wielkie wrażenie na biednej matce; jej wyobraźnia poczuła w sobie nowy polot i sprzyjała wzruszeniu jej serca. Przyjęła za prawdę, że dziecko odpokutowało już za siebie i swoich rodziców, że przekleństwo i kara, które do tej pory na nich ciążyły, teraz zostały już całkowicie zdjęte, że teraz chodzi tylko o to, żeby kości znaleźć dziecka, by je zawieźć do Rzymu, a dziecko znów stanie przed ludem na stopniach wielkiego ołtarza w kościele św. Piotra, ujęte w swą piękną, świeżą skórę. Spojrzy własnymi oczyma na ojca i matkę, a papież, przeświadczony o woli Boga i jego świętych, przy głośnych okrzykach ludu przebaczy grzechy jego rodzicom, uzna ich za wyzwolonych i połączy ich z sobą.
Odtąd jej oczy i troska skierowane były ciągle na jezioro i brzeg. Kiedy nocą przy blasku księżyca rozbijały się fale, wierzyła, że każdy błyszczący zalew wynosi jej dziecię; dla pozoru ktoś musiał zbiegać na dół, by je wyłowić na brzegu.
Także i w dzień przebywała niestrudzona w miejscach, gdzie żwirowaty brzeg wchodził płasko w jezioro; zbierała do koszyka wszelkie kości, jakie znajdowała. Nikomu nie wolno jej było mówić, że to kości zwierzęce; duże grzebała, małe przechowywała. Wśród takiego zajęcia żyła nieustannie. Duchowny, który bezwzględnym wypełnianiem swego obowiązku doprowadził ją do tego stanu, teraz opiekował się nią ze wszystkich sił. Wskutek jego wpływu poczytywano ją w okolicy za ekstatyczkę, a nie za obłąkaną. Kiedy przechodziła, stawano ze złożonymi rękami, a dzieci całowały jej ręce.
Jej starej przyjaciółce i towarzyszce spowiednik odpuścił winę, jaką popełniła przy nieszczęsnym złączeniu obojga osób, pod tym jedynie warunkiem, żeby nigdy przez całe dalsze życie nie opuszczała nieszczęśliwej ani na chwilę, a ona z zadziwiającą cierpliwością i sumiennością wypełniała swe obowiązki aż do końca.
Tymczasem nie traciliśmy z oczu naszego brata. Ani lekarze, ani zwierzchnicy jego klasztoru nie chcieli nam pozwolić się z nim spotkać. Ażeby jednak nas przekonać, że jest mu na swój sposób dobrze, mogliśmy mu się przypatrywać, ilekroć chcieliśmy, w ogrodzie, w korytarzach, ba, przez okno w suficie jego celi.