Po wielu okropnych i osobliwych przejściach, które pomijam, popadł on w dziwny stan spokoju ducha, a niepokoju ciała. Prawie nigdy nie siedział, chyba gdy brał swą harfę i grał na niej, przy czym zazwyczaj towarzyszył sobie śpiewem. Poza tym zawsze był w ruchu i we wszystkim nadzwyczajnie powolny i posłuszny, gdyż wszystkie jego namiętności przeszły, jak się zdawało, w sam strach przed śmiercią. Można go było nakłonić do wszystkiego w świecie, gdy mu się zagroziło jakąś niebezpieczną chorobą lub zgonem.
Prócz tego dziwactwa, że krążył niezmordowanie po klasztorze i dość wyraźnie dawał do zrozumienia, że jeszcze lepiej byłoby tak błądzić po górach i dolinach, mówił nadto o pewnym zjawisku, które go przerażało. Mianowicie twierdził, że kiedy budzi się w nocy, przy jego łóżku stoi piękny chłopiec i grozi mu wyostrzonym nożem. Przeniesiono go do innej celi, ale utrzymywał, że i tam także, a w końcu i w innych miejscach klasztoru stoi chłopak w zasadzce. Jego chodzenie tam i z powrotem stawało się coraz bardziej niespokojne, a nawet później przypominano sobie, że w nocny częściej niż kiedy indziej stawał przy oknie i spoglądał na jezioro.
Tymczasem nasza biedna siostra wydawała się coraz bardziej pochłonięta jedną myślą, ograniczonym zajęciem, a lekarz zaproponował, żeby stopniowo domieszać do innych jej kostek kości szkieletu dziecięcego, by przez to wzmocnić jej nadzieję. Skuteczność próby była wątpliwa, ale przynajmniej zyskiwało się tyle, że można będzie, gdy zbierze razem wszystkie części, odwieść ją od ciągłego poszukiwania i zrobić jej nadzieję pielgrzymki do Rzymu.
Tak się stało. Jej towarzyszka niepostrzeżenie zamieniła znalezione kości na powierzony sobie drobny szkielecik i w biedną chorą ogarnęła niewymowna radość, kiedy po kolei odnajdowały się rozmaite cząstki i można już było określić, których jeszcze brakowało. Z wielką troskliwością obwiązała nićmi i wstęgami każdą część, gdzie która należała, a przerwy wypełniła jedwabiem i haftem, jak się to robi dla uczczenia relikwii świętych.
W ten sposób zostały złożone członki, brakło tylko niewielu kostek z dolnych kończyn. Pewnego poranku, kiedy jeszcze spała, a lekarz przyszedł, by spytać o jej zdrowie, staruszka wyjęła czczone szczątki ze skrzynki, która stała w sypialni, chcąc pokazać lekarzowi, czym się zajmuje poczciwa chora. Wkrótce potem usłyszano, jak wyskoczyła z łóżka, podniosła chustę i stwierdziła, że skrzynka jest pusta. Rzuciła się na kolana; obecni nadeszli i usłyszeli jej radosną, gorącą modlitwę.
— Tak! To prawda — zawołała — to nie był sen, tak jest rzeczywiście! Cieszcie się, moi przyjaciele, razem ze mną! Widziałam dobre, piękne stworzenie znów żywe. Powstało i zrzuciło z siebie zasłonę; jego blask oświetlił pokój; jego piękność była niebiańska; nie mogło zejść na ziemię, chociaż chciało. Lekko wzniosło się w górę i nie mogło mi nawet podać ręki. Wołało mnie ku sobie i wskazało mi drogę, którą winnam się udać. Pójdę za nim, pójdę niebawem, czuję to i tak mi lekko na sercu. Smutek mój zniknął, a sam widok mego zmartwychwstałego dziecięcia dał mi już przedsmak niebiańskiej radości.
Od tego czasu jej umysł zajęty był najpogodniejszemi widokami, nie zwracała uwagi na żaden ziemski przedmiot; jadła bardzo niewiele, a jej duch wyzwolił się powoli z więzów ciała. W końcu też znaleziono ją nieoczekiwanie bladą i bez czucia; nie otworzyła już oczu, była, jak to się mówi, martwa.
Wieść o jej wizji rychło się przedostała do ludu, a pełne czci poważanie, jakiego doznawała za życia, po jej śmierci szybko zmieniło się w przeświadczenie, że należy ją natychmiast uznać za błogosławioną, ba, za świętą.
Kiedy ją chciano pochować, zbiegło się mnóstwo ludzi z niesłychaną żarliwością, pragnęli jej dotknąć, a przynajmniej jej sukni. W tym namiętnym podnieceniu różni chorzy nie czuli już bólów, które ich poprzednio dręczyły, uważali się za uleczonych, wyznawali to, chwalili Boga i nową jego świętą. Duchowieństwo zmuszone było wstawić ciało do kaplicy; lud domagał się możliwości odmawiania swych modlitw; zbiegowisko było niesłychane; górale, i bez tego skłonni do żywych uczuć religijnych, zbiegali ze swych hal; nabożny nastrój, cuda, adoracja zwiększały się z każdym dniem. Rozporządzenia biskupie, które miały ograniczyć ten nowy kult i stopniowo znieść go zupełnie, nie mogły zostać przeprowadzone; przy każdym sprzeciwie lud się burzył, a przeciwko każdemu niewierzącemu gotów był użyć przemocy.
— Czyż święty Boromeusz168 — wołali — nie przebywał wśród naszych przodków? Czyż jego matka nie dożyła rozkoszy jego beatyfikacji? Czyż przez ten wielki wizerunek na skale pod Aroną169 nie chciano nam zmysłowo uprzytomnić jego wielkości duchowej? Czyż jego krewni nie żyją dotąd wśród nas? I czyż Bóg nie obiecał, że wciąż będzie odnawiał swoje cuda wśród wierzącego ludu?