Towarzystwo zbierało się zawsze wieczorem, a Fryderyk, człowiek swawolny, który zwykle pił więcej wina niż należało, opanowywał rozmowę i po swojemu, setkami cytatów i sowizdrzalskich przytyków, doprowadzał ich do śmiechu i nieraz wprawiał w zakłopotanie, pozwalając sobie głośno myśleć.

Zdawał się wcale nie wierzyć, że jego przyjaciel jest chory. Pewnego razu, gdy byli wszyscy razem, zawołał:

— Jak nazywacie, doktorze, słabość, która napadła naszego przyjaciela? Czy do niej nie pasuje żadna z tych trzech tysięcy nazw, którymi przystrajacie swoją niewiedzę? Przynajmniej nie brakowało podobnych przykładów. Przypadek taki — mówił dalej stanowczym tonem — zjawia się pewnie w dziejach egipskich albo babilońskich.

Towarzystwo spojrzało po sobie i uśmiechnęło się.

— Jak się zwał król? — zawołał i zamilkł na chwilę. — Kiedy nie chcecie mi pomóc — mówił następnie — to sam potrafię sobie pomóc.

Otworzył szybko drzwi i wskazał wielkie malowidło w przedsionku.

— Jak się nazywa ta kozia broda w koronie, co się tam rozkwila nad swoim chorym synem u stóp łoża? Jak się nazywa ta piękna, co wchodzi i w swych skromnych, a figlarnych oczach nosi truciznę zarazem i antidotum? Jak się nazywa ten pasterz-lekarz, któremu w tej chwili dopiero błyska światełko, który po raz pierwszy w życiu znajduje sposobność zapisania rozumnej recepty, podania lekarstwa, co leczy z gruntu, a jest zarówno smaczne, jak zbawienne?

W tym tonie wciąż wykrzykiwał. Towarzystwo wstrzymywało się, jak mogło, i skrywało zakłopotanie za wymuszonym uśmiechem. Lekki rumieniec pokrył policzki Natalii i zdradzał wzruszenie jej serca. Na szczęście przechadzała się z Jarnem po pokoju; doszedłszy do drzwi, zręcznym ruchem wymknęła się, przeszła się kilka razy po przedsionku i udała się do swej komnaty.

Towarzystwo milczało. Fryderyk zaczął tańczyć i śpiewać:

Och, cuda ujrzycie tu wnet!