Co się stało, to się stało,

Co się rzekło, to się rzekło.

Zanim jeszcze będzie dniało,

Cuda ujrzycie tu wnet!

Teresa poszła za Natalią; Fryderyk pociągnął lekarza do wielkiego malowidła, wypowiedział śmieszną pochwałę medycyny i umknął.

Lothar stał dotychczas we wnęce okna i bez ruchu wpatrywał się w ogród.

Wilhelm był w najokropniejszym położeniu. Nawet teraz, gdy znalazł się sam na sam ze swoim przyjacielem, milczał przez jakiś czas; przebiegał w ulotnym oglądzie swoją historię i w końcu ze zgrozą zatrzymał się na swym obecnym stanie; w końcu poderwał się i zawołał:

— Jeśli jestem winny temu, co się dzieje, temu, co mnie i pana spotyka, to mnie pan ukarz! Na domiar moich cierpień cofasz mi pan swoją przyjaźń i rzucasz mnie bez pociechy w szeroki świat, w którym już od dawna musiałbym zginąć! Jeżeli zaś widzisz pan we mnie ofiarę strasznego, przypadkowego zawikłania, z którego nie byłem zdolny się wydobyć, to daj mi zapewnienie swojej miłości, swojej przyjaźni na tę podróż, której nie mogę już dłużej odkładać. Przyjdzie czas, kiedy będę mógł panu powiedzieć, co zaszło we mnie w ciągu tych dni. Być może właśnie teraz cierpię za to, że nie dość wcześnie odkryłem się przed panem, że zwlekałem z pokazaniem się panu całkowicie takim, jakim jestem; byłbyś mi pan dopomógł, byłbyś mnie pan zawczasu wyzwolił. Raz po raz otwierają mi się oczy na siebie samego, zawsze za późno i zawsze na próżno. Jak bardzo zasłużyłem na nagany Jarna! Jakże mi się zdawało, że je zrozumiałem, jakże miałem nadzieję skorzystania z nich, rozpoczęcia nowego życia. Czy mogłem? Czy powinienem? Na próżno my, ludzie, oskarżamy samych siebie, na próżno narzekamy na los! Nędzni jesteśmy i na nędzę skazani; i czy to nie wszystko jedno jedno, czy własna wina, wpływ z góry czy przypadek, cnota czy występek, mądrość czy obłąkanie popychają nas do zguby? Bywaj pan zdrów! Ani chwili dłużej nie zabawię w domu, w którym wbrew mej woli tak okropnie naruszyłem prawo gościnności. Niedyskrecja pańskiego brata jest niewybaczalna, doprowadza mnie do najwyższego stopnia nieszczęścia, doprowadza mnie do rozpaczy.

— A gdyby — odparł Lothar, biorąc go za rękę — związek, pana z moją siostrą był tajemnym warunkiem, pod jakim Teresa zgodziła się oddać mi swą rękę? Takie wynagrodzenie obmyśliła dla pana szlachetna dziewczyna; przysięgła, że ta podwójna para jednego dnia pójdzie do ołtarza. „Jego rozum — rzekła — wybrał mnie, jego serce pragnie Natalii, a mój rozum przyjdzie z pomocą jego sercu”. Zgodziliśmy się obserwować Natalię i pana; wtajemniczyliśmy w nasz zamiar księdza, któremu musieliśmy przyrzec, że nie uczynimy żadnego kroku ku zawarciu tego związku, lecz pozostawimy rzecz własnemu biegowi. Tak też zrobiliśmy. Natura działała, a szalony brat tylko strząsnął dojrzały owoc. A kiedy się zeszliśmy ze sobą tak cudownie, nie prowadźmy życia pospolitego, bądźmy czynni wspólnie w sposób dostojny! To nie do uwierzenia, czego może dokonać dla siebie i innych człowiek ukształcony, jeżeli nie pragnąc panować, ma odwagę zostać opiekunem wielu, pobudza ich do robienia tego w porę, co oni wszyscy chętnie chcieliby robić, i prowadzi do ich celów, które oni zwykle trafnie dostrzegają, a błądzą tylko w obiorze drogi do nich. Zawrzyjmy tedy związek; to nie marzycielstwo, to myśl, dająca się bardzo dobrze zrealizować i często też realizowana przez dobrych ludzi, tylko nie zawsze całkiem świadomie. Moja siostra Natalia jest tego żywym przykładem. Sposób działania, jaki natura wskazała tej pięknej duszy, pozostanie na zawsze niedościgły. Tak jest, zasługuje ona na tę zaszczytną nazwę przed wieloma innymi, więcej, śmiałbym powiedzieć, niż nawet nasza szlachetna ciotka, która w owym czasie, kiedy nasz poczciwy lekarz tak rubrykował ten rękopis, była najpiękniejszą naturą, jaką znaliśmy w naszym kółku. Tymczasem Natalia rozwinęła się, a ludzkość raduje się z takiego zjawiska.

Chciał mówić dalej, ale wpadł Fryderyk z wielkim krzykiem.