— W Hochdorfie — rzekł — dziś wieczorem dają komedię, na którą zbiera się całe sąsiedztwo.

— Jak to! — zawołał Wilhelm. — Wśród tych samotnych gór, przez te nieprzeniknione lasy aktorstwo znalazło sobie drogę i zbudowało dla siebie świątynię? I ja mam pielgrzymować na tę uroczystość?

— Jeszcze bardziej się pan zdziwisz — odparł tamten — usłyszawszy, kto będzie tę sztukę przedstawiać. W tej miejscowości jest duża fabryka, dająca utrzymanie wielu ludziom. Przedsiębiorca, żyjący z dala, że tak powiem, od wszelkiego towarzystwa ludzkiego, nie umie w zimie zająć swoich robotników lepszym sposobem niż tylko namawiając ich, by grali komedię. Tak tedy spędzają długie wieczory, a dziś, w dzień urodzin starego, wyprawiają na jego cześć osobną uroczystość.

Wilhelm przybył do Hochdorfu, gdzie miał przenocować, i zsiadł z konia przy fabryce, której przedsiębiorca także znajdował się w jego spisie jako dłużnik.

Gdy wymienił swe nazwisko, stary zawołał zdziwiony:

— Ach, łaskawy panie, czy pan jesteś synem dzielnego męża, któremu winienem tyle wdzięczności, a także pieniędzy? Pański ojciec był w stosunku do mnie tak cierpliwy, że musiałbym być łotrem, gdybym śpiesznie i ochoczo nie zapłacił. Przybywasz pan w samą porę, ażeby zobaczyć, że mówię całkiem poważnie.

Przywołał żonę, którą również uradował widok młodzieńca; zapewniała, że jest podobny do ojca, i żałowała, że nie może go przenocować z powodu napływu wielu obcych.

Interes był jasny i uregulowany został natychmiast; Wilhelm włożył rulonik złota do kieszeni i życzył sobie, żeby inne interesy poszły mu tak gładko.

Zbliżyła się godzina przedstawienia; czekano tylko jeszcze na nadleśniczego, który też wreszcie przybył, wszedł z kilkoma strzelcami i przyjęto go z najwyższym szacunkiem.

Towarzystwo poprowadzone tedy zostało do teatru, na który przeznaczono stodołę leżącą tuż przy ogrodzie. Budynek i scena, choć bez szczególnego smaku, były dość porządnie i zgrabnie urządzone. Jeden z malarzy pracujących w fabryce był pomocnikiem przy teatrze w stolicy i stworzył teatr, choć trochę niezdarnie: las, ulicę i pokój. Tak jak była, zajmowała. Intryga — dwóch kochanków chciało wyrwać dziewczynę opiekunowi, a potem sobie nawzajem — wywoływała różne interesujące sytuacje. Była to pierwsza sztuka, jaką nasz przyjaciel widział po tak długiej przerwie; zrobił co do niej kilka uwag. Pełno w niej było działania, ale nie malowała prawdziwych charakterów. Podobała się i bawiła. Takie są początki wszelkiej sztuki teatralnej. Człowiek niewykształcony czuje zadowolenie, widząc, że coś się dzieje; wykształcony chce odczuwać, a rozmysł jest miły tylko dla najwyżej wykształconego. Aktorom chętnie by tu i ówdzie dopomógł, gdyż mało co brakowało, by mogli stać się o wiele lepsi.