Jego cichym rozmyślaniom przeszkodził dym tytoniowy, rozchodzący się coraz silniej. Nadleśniczy zaraz po rozpoczęciu sztuki zapalił fajkę, a niebawem i wielu innych pozwoliło sobie na to samo. Wielkie psiska tego pana wyprawiały niegodziwe sceny. Wyrzucono je wprawdzie, ale wkrótce znalazły sobie drogę tylnymi drzwiami, wpadły na scenę, popędziły ku aktorom i w końcu, przeskoczywszy orkiestrę, dostały się do swego pana, zajmującego pierwsze miejsce na parterze.

Po ukończeniu sztuki wystawiono okolicznościowe ofiarowanie. Na ołtarzu stał, obwieszony wieńcami wizerunek przedstawiający starego w ślubnym stroju. Wszyscy aktorzy składali przed nim hołd w pokornych postawach. Wystąpiło najmłodsze dziecko, biało ubrane, i wyrecytowało wierszowaną mowę, która wzruszyła do łez całą rodzinę, a nawet nadleśniczego, który przypomniał sobie przy tym własne dzieci.

Tak skończyło przedstawienie się, a Wilhelm nie mógł się powstrzymać, by nie wejść na scenę, obejrzeć aktorki z bliska, pochwalić je za grę i udzielić im na przyszłość kilku rad.

Inne naszego interesy przyjaciela, jakie załatwiał z wolna w większych i mniejszych miejscowościach górskich, nie poszły wszystkie ani tak szczęśliwie, ani z takim uprzyjemnieniem. Niektórzy dłużnicy prosili o zwłokę, inni byli niegrzeczni, jeszcze inni zaprzeczali istnieniu długu. Stosownie do polecenia musiał niektórych zaskarżyć; trzeba było wyszukać adwokata, zaznajomić go ze sprawą, stawać przed sądem i odbywać tym podobne nieprzyjemne czynności.

Równie źle wiodło mu się, gdy chciano mu okazać szacunek. Znalazł niewielu ludzi, którzy mogli go czegoś nauczyć, niewielu, z którymi spodziewałby się zawrzeć korzystny stosunek handlowy. A że na nieszczęście przypadły też dni deszczowe i podróż konno w tych okolicach połączona była z nieznośnymi trudami, dziękował więc niebu, gdy znów zbliżył się do nizin i ujrzał u stóp gór, w blasku słonecznym, leżące na pięknej i urodzajnej równinie nad spokojną rzeką, pogodne miasteczko, w którym nie miał wprawdzie wcale interesów, lecz dlatego właśnie postanowił spędzić tu parę dni, by zapewnić odpoczynek i sobie, i koniowi, wielce zmęczonemu złą drogą.

Rozdział czwarty

Gdy zsiadł z konia przed jakąś gospodą na rynku, ruch był w niej bardzo wesoły, a przynajmniej bardzo żywy. Wielkie towarzystwo linoskoczków, tancerzy i kuglarzy, mających przy sobie silnego człowieka, wtargnęło tu z kobietami i dziećmi i dopuszczało się jednej swawoli po drugiej, przygotowując się do występu publicznego. Już to kłócili się z gospodarzem, już to ze sobą nawzajem, a jeżeli ich spory były niemiłe, to objawy ich zadowolenia były zgoła nieznośne.

Niepewny, czy ma odejść czy zostać, Wilhelm stał w bramie i przypatrywał się robotnikom, którzy zaczęli wznosić rusztowanie na placu.

Dziewczyna obnosząca róże i inne kwiaty nadstawiła mu koszyk; kupił piękny bukiet, który z zamiłowaniem związywał inaczej, przypatrując mu się z lubością, gdy w drugiej gospodzie, stojącej na rogu placu, otwarło się okno i ukazała się w nim pięknie zbudowana panna. Pomimo odległości mógł spostrzec, że jej twarz ożywia przyjemna wesołość. Włosy blond, niedbale rozpuszczone, spadały jej na szyję; zdawało się, że się ogląda za przybyszem. Jakiś czas potem z bramy owego domu wyszedł chłopak w fartuszku fryzjerskim i w białej kurteczce, podbiegł do Wilhelma, pozdrowił go i rzekł:

— Ta panna przy oknie kazała się zapytać, czy nie zechciałbyś pan odstąpić jej część pięknych kwiatów?