Tak jak znajdowała swoje szczęście w kochaniu niektórych mężczyzn i cieszeniu się ich miłością, tak niewiele mniejszą przyjemnością było dla niej, którą sprawiała sobie jak można było najczęściej, że nader swobodnie drwiła z pozostałych, których w tej właśnie chwili nie lubiła.

Przez wrzawę, z jaką przyjęła starego przyjaciela, zapomniano zwrócić uwagę na innych, którzy z nim przyszli. Wilhelmowi zdawało się jednak, że zna dwie kobiety i podstarzałego mężczyznę, który wszedł za nimi. Szybko okazało się, że całą trójkę widział niejednokrotnie przed kilkoma laty w trupie, która grała w jego rodzinnym mieście. Od tego czasu córki podrosły, stary jednak niewiele się zmienił. Grywał zazwyczaj dobrodusznych hałaśliwych starców, jakich teatr niemiecki jest pełny i jakich nierzadko spotyka się w życiu powszednim.

Ponieważ cechą naszych rodaków jest spełniać i wyświadczać dobro bez wielkiego zachodu, rzadko tedy myślą o tym, że istnieje też sztuka czynienia dobrze z elegancją i wdziękiem, owszem, popychani duchem sprzeczności, łatwo popadają w ten błąd, iż swą najpiękniejszą cnotę ukazują tylko w kontraście, przez swoje mrukliwe zachowanie się. Takie role nasz aktor grywał bardzo dobrze, a grał je tak często i wyłącznie takie, że skutkiem tego i w życiu powszednim przyjął podobny sposób postępowania.

Wilhelm, rozpoznawszy go, doznał wielkiego wzruszenia, gdyż przypomniał sobie, jak często widywał tego człowieka na scenie obok swej ukochanej Marianny; słyszał jeszcze jego łajania, słyszał jej pieszczotliwy głos, jakim w niektórych rolach odpowiadała na jego szorstkość.

Na pierwsze żywo zdane nowo przybyłym pytanie, czy można gdzieś znaleźć miejsce lub się go spodziewać, otrzymano niestety odpowiedź negatywną i musiano przyjąć do wiadomości, że towarzystwa, o które pytano, były obsadzone, a niektóre z nich nawet w niebezpieczeństwie rozpadnięcia się z powodu zbliżającej się wojny. Hałaśliwy starzec ze zmartwienia i z zamiłowania do odmiany odrzucił wraz córkami korzystne warunki, najął powóz na spółkę z pedantem, którego spotkał po drodze, i przybył tutaj, gdzie, jak się okazało, także nie było rady.

Czas, w którym inni bardzo żywo rozmawiali o swoich sprawach, Wilhelm spędził na rozmyślaniu. Pragnął, żeby mówił tylko starzec, pragnął i lękał się usłyszeć cokolwiek o Mariannie, toteż gnębił go wielki niepokój.

Grzeczności nowo przybyłych kobiet nie mogły go wyrwać z marzeń, ale sprzeczka, która się wywiązała, zwróciła jego uwagę. Fryderyk, ów chłopiec o blond włosach, który zwykł usługiwać Filinie, tym razem stanowczo się opierał, kiedy miał nakryć do stołu i przynieść jedzenie.

— Zobowiązałem się — zawołał — służyć pani, ale nie być na rozkazy wszystkim ludziom.

O to rozpoczęła się gwałtowna kłótnia. Filina obstawała przy tym, że powinien spełnić swój obowiązek, a kiedy uparcie się opierał, powiedziała mu bez ogródek, że może sobie pójść, dokąd chce.

— To pani może się zdaje, że nie mogę od pani odejść? — zawołał; odszedł, zawiązał węzełek i pospiesznie opuścił dom.