Wilhelm przygotował się już na usłyszenie o niej rzeczy jak najgorszych, gdy naraz spostrzegł ze zdziwieniem, że ton starego staje się łagodniejszy; w końcu brakło mu słów, wyjął chustkę z kieszeni, by otrzeć łzy, które całkiem odebrały mu głos.
— Co panu? — zawołał Wilhelm. — Co takiego nagle zmienia pańskie uczucia w przeciwnym kierunku? Nie kryj się pan przede mną, los tej dziewczyny bardziej mnie obchodzi, niż pan sobie wyobrażasz; niech wiem wszystko.
— Mało mam do powiedzenia — odparł stary, przechodząc znowu do swego surowego, mrukliwego głosu. — Nigdy jej nie daruję tego, com dla niej wycierpiał. Miała zawsze — mówił dalej — do mnie pewne zaufanie; kochałem ją jak córkę, a że moja żona żyła jeszcze, postanowiłem wziąć ją do siebie i wyratować ją z rąk starej, z opieki której niewiele dobrego sobie obiecywałem. Żona mi umarła; projekt się rozbił. Pod koniec pobytu w pańskim mieście rodzinnym, niecałe trzy lata temu, spostrzegłem w niej widoczny smutek; zapytałem ją, ale unikała odpowiedzi. Na koniec wybraliśmy się w podróż. Jechała ze mną na jednym wozie; zauważyłem, do czego się zresztą niebawem przyznała, że jest przy nadziei i najbardziej obawia się, że zostanie wyrzucona przez dyrektora. Istotnie, odkrył to niebawem to, natychmiast zerwał z nią kontrakt, który zresztą był tylko na sześć tygodni, zapłacił, co się należało, i nie zważając na żadne przedstawienia, zostawił w małym miasteczku, w lichym zajeździe. Niech licho porwie wszystkie rozpustne dziewki — zawołał stary ze wstrętem — a szczególnie tę, która zmarnowała mi tyle godzin życia. Co mam długo opowiadać, jak się zająłem, com dla niej zrobił, ilem na nią wydał, jak nawet pod jej nieobecność miałem nad nią pieczę. Wolałbym pieniądze w staw rzucić, a czas tracić na hodowanie parszywych psów, niżbym miał kiedykolwiek zwrócić najmniejszą uwagę na takie stworzenie. I cóż? Z początku otrzymywałem listy z podziękowaniami, wiadomości z miejsc jej pobytu, a w końcu ani słowa; nawet podziękowań za pieniądze, które wysłałem jej na połóg. O, udawanie i lekkomyślność kobiet są tak dobrze do siebie dobrane, że zapewniają im wygodne życie, a uczciwemu człowiekowi niejedną bolesną godzinę!...
Rozdział ósmy
Wyobraźcie sobie stan Wilhelma, gdy po tej rozmowie wrócił do domu. Wszystkie jego dawne rany zostały rozdarte na nowo i na nowo odżyło uczucie, że ona niezupełnie była niegodna jego miłości, gdyż w zainteresowaniu starego, w pochwale, jaką jej mimo woli musiał oddać, naszemu przyjacielowi ukazała się na nowo cała jej wartość; co więcej, nawet gwałtowna skarga namiętnego człowieka nie zawierała niczego, co mogłoby ją poniżyć w oczach Wilhelma. Sam bowiem uznawał się za współwinnego jej występku, a jej końcowe zamilknięcie nie wydawało mu się wcale naganne; przeciwnie, myślał o tym tylko ze smutkiem, widział ją jako położnicę, jako matkę z jego dzieckiem, a obrazy te wzbudziły w nim bolesne uczucie.
Mignon czekała na niego i świeciła mu na schodach. Postawiwszy świecę, prosiła go o pozwolenie, żeby mu mogła jeszcze tego wieczoru służyć jakąś sztuczką. Wolałby się od tego uwolnić, zwłaszcza że nie wiedział, co to będzie. Nie mógł jednak niczego odmówić temu dobremu stworzeniu. Po krótkiej chwili weszła ponownie. Niosła pod pachą kobierzec, który rozesłała na ziemi. Wilhelm pozwolił jej na to. Postawiła na kobiercu cztery świece, po jednej w każdym rogu. Koszyczek z jajami, który następnie przyniosła, sprawił, że jej zamiar stał się jaśniejszy. Zręcznie odmierzonymi krokami uwijała się po kobiercu i układała jajka w pewnych odstępach, potem zawołała człowieka, który był w gospodzie i grał na skrzypcach. Stanął w kącie ze swoim instrumentem; zawiązała sobie oczy, dała znak i równocześnie z muzyką, jak nastawione kółka w maszynie, rozpoczęła swoje ruchy, wybijając takt i melodię uderzeniami kastanietów.
Zręcznie, lekko, szybko, dokładnie wykonywała taniec. Tak blisko i z taką swobodą stąpała między jajami i koło nich, że co chwila można było pomyśleć, iż rozdepcze lub też przy chybkich zwrotach odepchnie któreś z ich. Bynajmniej! Nie dotknęła żadnego, chociaż przemykała się przez rzędy najrozmaitszymi krokami, krótkimi i szerokimi, a nawet podskokami, w końcu zaś na pół klęcząc.
Niepowstrzymana jak mechanizm zegarka przebiegała swą drogę, a dziwna muzyka dawała ciągle od początku wychodzącemu i rozwijającemu się tańcowi coraz nową pobudkę przy każdym powtórzeniu. Wilhelma całkowicie pochłonęło dziwaczne widowisko; zapomniał o swych troskach, śledził każde poruszenie kochanej istoty i dziwił się, jak w tym tańcu wybornie się odbijał jej charakter.
Pokazała się surowa, ostra, oschła, gwałtowna, a w łagodnych pozycjach raczej uroczysta niż miła. W chwili tej doznał w skupieniu tego, co już czuł do Mignon. Wzdychał za tym, żeby tę opuszczoną istotę pomieścić w swym sercu jak własne dziecko, wziąć ją w objęcia i miłością ojcowską obudzić w niej zamiłowanie życia.
Taniec się skończył; zsunęła po cichu jajka nogami na kupkę, żadnego nie zostawiła, żadnego nie uszkodziła i stanęła przy nich, zdejmując przepaskę z oczu i kończąc swą sztuczkę ukłonem.