— Niewątpliwie posłuchacie państwo z przyjemnością — rzekł on — muzyki i śpiewu tego człowieka; kto tylko go posłyszy, nie może się powstrzymać, by go nie podziwiać i dać trochę grosza.
— Wyrzuć go pan — odparł Melina — nie jestem wcale usposobiony do słuchania lirnika, a wśród nas są przecież śpiewacy, którzy także chcieliby coś zarobić.
Słowom tym towarzyszyło ukośne, złośliwe spojrzenie zwrócone w stronę Filiny. Zrozumiała je i jego zmartwieniu Meliny zaraz była gotowa wziąć w obronę zapowiedzianego śpiewaka. Zwróciła się do Wilhelma i rzekła:
— Czy nie powinniśmy posłuchać tego człowieka, czy nic nie zrobimy, aby się wyrwać z tych okropnych nudów?
Melina chciał jej odpowiedzieć i spór mógłby się zaognić, gdyby Wilhelm nie był pozdrowił wchodzącego właśnie człowieka, przywołując go skinieniem.
Postać tego dziwnego gościa wprawiła całe towarzystwo w zdumienie, tak że zajął on krzesło, zanim ktokolwiek ośmielił się go zapytać lub cokolwiek powiedzieć. Jego łysa czaszka otoczona była odrobiną siwych włosów, wielkie, niebieskie oczy patrzyły łagodnie spod długich białych rzęs. Nos miał pięknie ukształtowany, a długa biała broda nie zakrywała uprzejmych ust; długa, ciemnobrunatna szata otaczała smukłe ciało od szyi aż do stóp. Na harfie, którą postawił przed sobą, zaczął preludia.
Miłe dźwięki, wydobyte przez niego z instrumentu, rozpogodziły niebawem towarzystwo.
— Zwykle też śpiewasz, dobry starcze — rzekła Filina.
— Daj nam coś, co rozweseliłoby serce i ducha wraz ze zmysłami — rzekł Wilhelm. — Instrument powinien tylko towarzyszyć głosowi, gdyż melodie, pasaże i skoki bez słów i znaczenia wydają mi się podobne do motyli lub ładnych pstrych ptaków, które unoszą się w powietrzu na naszych oczach, za którymi ciągle gonimy, chcąc je schwytać; przeciwnie śpiew: unosi się jak duch ku niebu i pobudza naszą lepszą cząstkę, by mu towarzyszyła.
Starzec spojrzał na Wilhelma, potem w górę, uderzył kilka razy w harfę i zaczął pieśń. Zawierała ona pochwałę śpiewu, wysławiała szczęście śpiewaków i napominała ludzi, by ją czcili. Wyśpiewał tę pieśń z takim życiem i prawdą, że zdawało się, jakby stworzył ją w tej chwili i przy tej okazji. Wilhelm ledwie się wstrzymał, by nie objąć go za szyję; tylko obawa, żeby nie wzbudzić głośnego śmiechu, ściągnęła go na krzesło; inni bowiem robili już po cichu jakieś głupie uwagi i spierali się, czy to ksiądz, czy Żyd.