Kiedy spytano o autora pieśni, nie dał jasnej odpowiedzi, zapewnił tylko, że śpiewów ma pod dostatkiem i że pragnie tylko, aby się podobały. Większość towarzystwa była wesoła i radosna, nawet Melina otworzyła się na swój sposób i gdy rozmawiano z sobą i żartowano, starzec zaczął śpiewać dowcipną pochwałę życia towarzyskiego. Wychwalał powabnymi dźwiękami jedność i uprzejmość. Naraz śpiew stał się suchy, surowy i zmącony, gdy opłakiwał zawzięte zamknięcie się w sobie, nierozumną nieprzyjaźń i niebezpieczną niezgodę, a każda dusza z ochotą odrzuciła te niewygodne więzy, gdy unosząc się na skrzydłach ujmującej melodii, sławił twórców pokoju i opiewał szczęście dusz, które się odnalazły.
Zaledwie skończył, Wilhelm zawołał do niego:
— Kimkolwiek jesteś, przybywasz do nas jak duch opiekuńczy ze słowami błogosławieństwa i życiodajności, przyjmij mój podziw i podziękowanie! Czuj, że wszyscy cię podziwiamy, i powiedz nam, jeżeli czegoś potrzebujesz!
Starzec milczał, powiódł palcami po strunach, potem szarpnął je silniej i śpiewał:
«Co tam rozbrzmiewa tak w oddali,
Od bramy, dźwięcząc głucho?
Niech śpiew ten w przodków sali
Napawa nasze ucho!»
Tak mówił król; paź się uwinął,
A gdy powrócił, król nań skinął: