— Jakie żeś ty obudził w duszy mojej uczucia, poczciwy starcze? — zawołał — wszystko, co w mym sercu tkwiło, wydobyłeś na jaw; nie przerywaj sobie, lecz w dalszym ciągu, łagodząc własne cierpienia, uszczęśliwiaj przyjaciela.
Starzec chciał powstać i coś powiedzieć; Wilhelm nie dał mu, gdyż zauważył już przy obiedzie, że stary nie miał ochoty mówić; usiadł przy nim na sienniku.
Starzec osuszył łzy i zapytał, uśmiechając się uprzejmie:
— Jak pan tu zaszedłeś? Chciałem służyć panu dziś wieczór.
— Spokojniej nam tutaj — odparł Wilhelm. — Śpiewaj mi, co chcesz, co odpowiada twemu położeniu, i tak się zachowuj, jakby mnie tu wcale nie było. Zdaje mi się, jakobyś dzisiaj nie mógł się mylić. Uważam cię za bardzo szczęśliwego, że w samotności możesz się tak przyjemnie zajmować i zabawiać i że będąc wszędzie obcy, znajdujesz we własnym sercu najmilszych znajomych.
Starzec spojrzał na struny i po łagodnej przygrywce zanucił i śpiewał:
Kto się na ustroniu kryje,
Wnet zostanie sam,
Każdy kocha, każdy żyje,
Z męki cudzej drwi.