— Prawdopodobnie dlatego, że jest fałszywe, a i koty uważane są za fałszywe.
— Zaznaczę to sobie — rzekł syn i włożył kamień do skórzanej torebki, ale zaraz wydobył coś innego, pytając:
— Co to takiego?
— Jakiś owoc — odrzekł ojciec — a sądząc po łuskach, musi być spokrewniony z szyszkami jodłowymi.
— Ale nie wygląda jak szyszka, jest przecież okrągły.
— Musimy spytać strzelca. Oni znają las cały i wszystkie owoce, umieją siać, sadzić i czekać; potem pozwalają latoroślom rosnąć i dojrzewać wedle ich możności.
— Strzelcy wiedzą wszystko. Wczoraj pokazał mi posłaniec, jak jeleń przechodził przez drogę. Przywołał mnie do siebie i zwrócił moją uwagę na tropy3, jak on je nazwał. Przeskakiwałem przez nie, wtem dojrzałem wyraźnie parę kopyt odciśniętych; musiał to być duży jeleń.
— Ja słyszałem, jak żeś wypytywał posłańca.
— On dużo wiedział, chociaż nie jest strzelcem. Ale ja chcę zostać strzelcem. To bardzo ładnie być cały dzień w lesie i słuchać ptaków, wiedzieć, jak się nazywają, gdzie są ich gniazda, jak się wyjmuje jajka lub młode, jak się je żywi i kiedy się łapie stare. To bardzo wesołe.
Zaledwie to wymówił, ukazało się na spadzistej ścieżce dziwne zjawisko. Dwaj chłopcy, piękni jak dzień, w kolorowych kaftanikach, które by można było wziąć za przewiązane koszulki, zeskakiwali jeden za drugim, a Wilhelm miał sposobność przypatrzenia się im bliżej, kiedy się przed nim zdziwieni zatrzymali i przez chwilę milczeli. Wkoło głowy starszego rozwiewały się bogate blond pukle, na które najprzód4 spojrzeć się musiało, kiedy się nań patrzyło; potem ściągały na siebie wzrok jasnoniebieskie oczy, chociaż i cała jego piękna postać miły sprawiała widok. Drugi, przedstawiający raczej przyjaciela niż brata, zdobny był w ciemne i gładkie włosy, zwisające mu na ramiona, a ich odbłysk zdawał się przeglądać w jego oczach.