Od obowiązku opowiadacza został jednak niebawem zwolniony, gdyż obcy, którego zwano Antonim, zamącił nader szybko wszystkie źródła górskie, brzegi skalne, ściśnięte i swobodne rzeki. Teraz szło się wprost do Genui69, Livorno70 leżało niedaleko, najbardziej interesujące rzeczy w kraju brało się szturmem. Neapol71 trzeba było widzieć, zanim by się umarło, potem zostawał jeszcze Konstantynopol72, którego także nie można było zaniedbać. Opis, jaki Antoni dawał o dalekim świecie, porywał wyobraźnię wszystkich, chociaż nie okazywał on wiele zapału. Julia, nie posiadając się z radości, nie chciała na tym poprzestać. Wzdychała jeszcze do Aleksandrii73 i Kairu, a zwłaszcza do piramid, o których dosyć wyczerpujące powzięła wiadomości z nauk swego domniemanego teścia.

Lucydor, zaraz wieczorem — ledwie drzwi przymknąwszy, a świecy jeszcze nie postawiwszy — zawołał:

— No, namyśl się teraz! To rzecz serio. Wiele żeś się nauczył i przemyślał rzeczy serio. Na cóż się zdała erudycja prawna, jeżeli teraz nie działasz jako człowiek prawy? Uważaj siebie za pełnomocnika, zapomnij o sobie samym i rób to, co byś obowiązany był robić dla innych. Zacieśniają się więzy w sposób okropny. Cudzoziemiec bawi tu oczywiście dla Lucyndy. Ona mu okazuje najpiękniejsze, najszlachetniejsze, towarzysko domowe względy. Mała wariatka chciałaby z każdym latać po świecie, tak sobie, byle latać. Prócz tego jest ona figlarką; jej zajęcie się miastami i krajami to żarty, którymi nas zmusza do milczenia. Ale dlaczego patrzy na tę rzecz tak mętnie i ciasno? Czyż oberamtman sam nie jest najrozsądniejszym, najrozważniejszym, najmilszym pośrednikiem? Powiedz mu, co czynisz i myślisz, a on wspólnie myśleć, jeśli nie współczuć, będzie. Wymoże on wszystko na ojcu. I czyż jedna i druga nie są jego córkami? A cóż ten Antoni podróżnik chce od Lucyndy, zrodzonej dla domu, aby szczęśliwą być i szczęście tworzyć. Niech się to drgające, żywe srebro przylepi do Żyda Tułacza74, a będzie to partia najprzyjemniejsza.

Z rana zszedł Lucydor na dół z mocnym postanowieniem rozmówienia się z ojcem i zajścia do niego w tym względzie bez zwłoki w znanych godzinach wolnych. Jakże wielki był ból jego i zakłopotanie, gdy się dowiedział, że oberamtman, wyjechawszy za interesami, spodziewany jest dopiero pojutrze. Julia, zdawało się, miała dziś także swój dzień podróżny. Trzymała się wędrowca i po kilku dowcipkach, odnoszących się do spraw domowych, Lucydora pozostawiła Lucyndzie. Jeśli przedtem przyjaciel nasz, widząc szlachetną dziewczynę z pewnej odległości, według ogólnego wrażenia, serdecznie się już do niej przywiązał, to będąc teraz bardzo blisko, musiał podwojone i potrojone postrzegać to wszystko, co go pociągnęło najprzód ogólnie.

Uwydatnił się teraz poczciwy, stary przyjaciel domu, zastępujący nieobecnego ojca. I on żył, kochał i pomimo licznych perypetii życiowych stał przecież wyświeżony i dobrze zachowany u boku przyjaciela swojej młodości. Ożywiał on rozmowę; rozwodził się mianowicie nad omyłkami w wyborze małżonki, opowiadał ciekawe przykłady za wczesnych i spóźnionych oświadczyn. Lucynda ukazała się w całym swym blasku. Wyznała, że przypadek wszelkiego rodzaju w życiu, a więc i w związkach małżeńskich, może dokonać rzeczy najlepszych, ale że daleko jest piękniej, podnioślej, jeżeli człowiek ma prawo powiedzieć sobie, iż szczęście swoje zawdzięcza sobie samemu, cichemu, spokojnemu przeświadczeniu swego serca, szlachetnemu zamiarowi i szybkiemu postanowieniu. Lucydorowi stały łzy w oczach, kiedy temu przyklaskiwał. Po czym panny niebawem się oddaliły. Stary przyjaciel chętnie wdawał się w opowiadanie historii różnorodnych i rozmowa przeszła na weselsze przykłady, które jednak na tyle blisko obchodziły bohatera naszego, że tylko tak pięknie wykształcony młodzieniec mógł przemóc się, by nie wybuchnąć. Lecz wybuchnął, gdy tylko sam został.

— Trzymałem się! — zawołał. — Takim bałamuctwem nie chcę dręczyć swego dobrego ojca. Trzymałem się, gdyż widzę w tym zacnym przyjacielu domu zastępcę obu ojców. Jemu powiem, jemu wszystko odkryję, on zostanie z pewnością pośrednikiem. Wypowiedział już prawie to, czego ja pragnę. Mógłby w poszczególnym wypadku ganić to, co pochwala w ogóle? Jutro rano pójdę do niego, muszę od tego ucisku odetchnąć.

Przy śniadaniu nie było starca. Stwierdzono, że wczoraj wieczorem mówił za dużo, siedział za długo i wypił parę kropli wina ponad swój zwyczaj. Wiele powiedziano na jego pochwałę — i to właśnie takie zdania i czyny do rozpaczy doprowadzały Lucydora, który żałował, że się nie zwrócił ku niemu natychmiast. To nieprzyjemne uczucie zaostrzyło się jeszcze, kiedy się dowiedział, że wobec takich wypadków poczciwy staruszek niekiedy nie pokazywał się przez cały tydzień.

Pobyt na wsi ma dla pożycia towarzyskiego wielkie zalety, zwłaszcza, gdy ugaszczający, jako osoby myślące i czujące, czuli się przez lat wiele zobowiązani do przychodzenia z pomocą naturalnemu charakterowi swego otoczenia. Tak się szczęśliwie stało tutaj. Oberamtman, z początku nieżonaty, potem w długim, szczęśliwym małżeństwie, sam z siebie zamożny, mający korzystną posadę, według własnego smaku i rozwagi, z amatorstwa żony, a w końcu dla dogodzenia życzeniu i zachciankom dzieci, postarał się od dawna o większe i mniejsze oddzielne budynki, które dzięki starannej opiece powoli połączone gustownie roślinnością i ścieżkami, nastręczały przechadzającemu się nadzwyczaj miłe, różnorodnie od siebie odskakujące, charakterystyczne scen następstwo. Taką pielgrzymkę zorganizowali też nasi młodzi członkowie rodziny swemu gościowi, bo się swoje włości chętnie pokazuje obcemu, ażeby to, co dla nas zwykłe się stało, zauważył ze zdziwieniem i zachował stąd na zawsze przyjemne wrażenie.

Najbliższa jak i dalsza okolica była w wysokim stopniu stosowna dla skromnych zabudowań i prawdziwie wiejskich domków. Urodzajne wzgórza następowały po dobrze nawodnionych łąkach, tak że całość widzieć było można od czasu do czasu, chociaż nie była płaszczyzną. A jeżeli grunt i ziemia pożytkowi głównie były poświęcone, to przecież wdzięku i powabu wcale nie wykluczono.

Do zabudowań głównych i gospodarskich przytykały wirydarze, sady i trawniki, z których niespodziewanie dostawano się do lasku, przez który wiły się drogi w najrozmaitszych kierunkach. Tu w środku, na miejscu najwyższym, wznosiła się sala z przytykającymi do niej pokojami. Kto wszedł drzwiami głównymi, widział w wielkim zwierciadle najładniejszy widok, jakiego dostarczyć mogła okolica, i znów się rychło odwracał, by odpocząć w rzeczywistości po niespodziewanym obrazie. Gdyż wejście było urządzone dosyć kunsztownie i ukryte zostało przebiegle wszystko, co miało wywołać niespodziankę. Nikt tu nie wchodził, kto by się nie chciał po kolei zwracać od zwierciadła do natury i od natury do zwierciadła.