— W ogóle dziewczyna ma opaczną skłonność ku starym ludziom. Sądzę, że ona by równie swobodnie wyszła za pańskiego ojca, jak i za jego syna.
Lucydor szedł za swym towarzyszem, chociaż go ten prowadził przez pniaki i kamienie. Obaj zapomnieli o polowaniu, które i bez tego nie mogło być obfite. Weszli na jakieś podwórze folwarczne, gdzie zostali dobrze przyjęci. Jeden z przyjaciół zabawiał się jedzeniem, piciem i gadaniem, a drugi zatopił się w myślach i rozważaniu, jakby mógł na swą korzyść obrócić zrobione odkrycie.
Lucydor po tych wszystkich opowiadaniach i wyjaśnieniach nabrał tyle zaufania do Antoniego, że zaraz po wejściu na dziedziniec zapytał o niego i pośpieszył do ogrodu, gdzie go miał znaleźć. Przebiegł wszystkie drożyny parku przy pogodnym słońcu wieczornym — na próżno! Nigdzie żywej duszy. W końcu wszedł w drzwi wielkiej sali i, rzecz dosyć dziwna, zachodzące słońce, odbite od zwierciadła, tak go olśniło, że nie mógł poznać dwóch osób siedzących na kanapie. Ale tyle rozróżnił, że ręka panny całowana była bardzo ogniście przez mężczyznę obok niej siedzącego. Jakżeż wielkie było tedy jego przerażenie, gdy przy wróconym spokoju oczu ujrzał przed sobą Lucyndę i Antoniego! Chciałby się był zapaść, ale stał jak wkopany, gdy go Lucynda powitała jak najprzyjaźniej i całkiem niezakłopotana usunęła się, proponując, by usiadł po prawej stronie. Opuścił się na siedzenie bezwiednie, a kiedy mowę ku niemu zwróciła, wypytując o dzień dzisiejszy i prosząc o przebaczenie za swe zajęcia domowe, głos jej znieść mógł zaledwie. Antoni powstał i pożegnał się z Lucyndą, a ona, również się podnosząc, zaprosiła siedzącego jeszcze na przechadzkę. Idąc obok niej, był milczący i zakłopotany. I ona wydawała się zaniepokojona. A gdyby on choć trochę miał przytomności, to by mu głębokie westchnienia zdradzić musiały, że ona stara się utaić serdeczne wzruszenie. Pożegnała się wreszcie, gdy się zbliżyli do domu, on zaś zwrócił się z początku powoli, potem gwałtownie ku otwartej przestrzeni. Park był dla niego ciasny; biegł przez pole, słysząc tylko głos swego serca, nie zważając na piękności najpyszniejszego wieczoru. Ujrzawszy się samotnym i ulżywszy uczuciom swoim za pomocą uspokajającego płaczu, zawołał:
— Kilkakroć już w życiu, lecz nigdy tak strasznie, doznałem bólu, który mnie oto czyni najnędzniejszym; kiedy najbardziej upragnione szczęście przystępuje do nas wreszcie ręka w rękę, ramię przy ramieniu, a zarazem zapowiada nam rozstanie na wieki. Siedziałem przy niej, szedłem koło niej, powiewna suknia dotykała mnie, a już ją utraciłem! Nie wyobrażaj sobie tego, nie drażnij się tym, milcz i decyduj się!
Sam sobie usta zamykał, milczał i myślał, krocząc przez pola, łąki i zarośla — nie zawsze najbardziej dostępnymi ścieżkami. Dopiero wróciwszy późno do swego pokoju, nie wytrzymał i zawołał:
— Jutro rano oddalę się, takiego drugiego dnia przeżyć nie chcę!
I tak, w ubraniu, rzucił się na posłanie... Szczęśliwa, zdrowa młodość! Spał już, nużąca ruchliwość dnia przyniosła mu najłagodniejszy spoczynek nocny. Z pocieszających jednak snów rannych zbudziło go bardzo wczesne słońce. Był to właśnie dzień najdłuższy, który dla niego mógł się stać zbyt długi. Jeżeli wcale nie korzystał z wdzięku uspokajającej gwiazdy wieczornej, to pobudzającą piękność poranka na to tylko odczuł, aby popaść w rozpacz. Widział świat tak wspaniałym jak nigdy — dla oczu jego był on jeszcze takim, ale serce mu przeczyło. To wszystko nie należało już do niego. Utracił Lucyndę.
Rozdział dziewiąty
Kto jest zdrajcą? Dokończenie
Tłumoczek szybko został spakowany. Chciał go tu pozostawić. Listu nie pisał. Jego oddalenie się na czas obiadu, a może nawet i na wieczór, miał w kilku słowach uniewinnić masztalerz77, którego i tak musiał obudzić. Atoli zastał go już przed stajnią, chodzącego w jedną i drugą stronę wielkimi krokami.