Rozstano się wśród gorących, szczerych próśb pary małżeńskiej o rychłe odwiedziny ponowne i chłodnej, udanej obietnicy obu gości. A jako człowiekowi, który sobie coś dobrego sprawia, wszystko się szczęści, tak i Waleryna milczenie Leonarda, widoczne jego roztargnienie przy pożegnaniu, szybkie oddalenie się wytłumaczyła na swoją korzyść. I chociaż była wierną i kochającą żoną dzielnego rolnika, nie mogła przecież nie znaleźć w swoim rozumieniu pewnego zadowolenia w budzącej się na nowo czy też świeżo powstającej skłonności swego dawniejszego dziedzica.
Po tym dziwnym zdarzeniu rzekł Leonard:
— Że wobec tak pięknych nadziei, tak bliziutko przystani rozbijamy się, mogę się o tyle przynajmniej pocieszyć, na tę chwilę uspokoić i iść na spotkanie swych krewnych, kiedy rozważam, że niebo zesłało mi pana, któremu wobec jego właściwej misji obojętną jest rzeczą, dokąd i po co drogę swą zwraca. Weź pan to na siebie, by wyszukać Nachodynę i dać mi o niej wiadomość. Jeżeli ona jest szczęśliwa, to ja będę zadowolony. Jeśli jest nieszczęśliwą, to dopomóż jej pan na mój koszt. Działaj pan, nie oglądając się na nic, nic nie oszczędzając i nie ochraniając.
— Ale w którąż stronę skierować mam kroki moje? — zapytał Wilhelm, uśmiechając się. Jeżeli pan nie masz żadnego przeczucia, to jakże ja mogę być nim obdarzony?
— Posłuchaj pan — odrzekł Leonard — zeszłej nocy, kiedyś mnie pan widział przechadzającego się bez ustanku w tę i ową stronę jakby w rozpaczy, kiedym w głowie i sercu wszystko przewracał namiętnie, zjawił się przed duszą moją stary przyjaciel, mąż czcigodny, który, chociaż mi właściwie nie ochmistrzował100, na młodość moją miał wpływ wielki. Chętnie bym był uprosił go sobie na towarzysza podróży, przynajmniej częściowo, gdyby on nie był przez najpiękniejsze rzadkości artystyczne i starożytne dziwnie związany ze swym mieszkaniem, które opuszcza ledwie na chwilę. Wiem, że on posiada rozgałęzione wiadomości o wszystkim, co na tym świecie wiąże się ze sobą jakąkolwiek szlachetną nicią. Do niego pan pośpiesz, jemu opowiedz, com przedstawił panu, a można się spodziewać, że delikatne uczucie jego wskaże mu jakieś miejsce, jakąś okolicę, gdzie ją znaleźć da się. W udręczeniu moim przyszło mi na myśl, że ojciec dziewczęcia zaliczał się do pobożnych i w tej chwili stałem się dosyć pobożny, iżby się zwrócić do moralnego porządku świata i prosić, by się tu dla mnie objawić raczył cudownie.
— Jeszcze jedna trudność — zarzucił Wilhelm — pozostaje do załatwienia. Cóż ja pocznę ze swym Feliksem? Bo po tak całkiem nieznanych drogach nie chciałbym go ze sobą oprowadzać, a nie chciałbym go również opuścić, gdyż mi się zdaje, że syn nigdzie się lepiej nie rozwija jak w obecności ojca.
— Bynajmniej! — odparł Leonard. — To jest miłe, ojcowskie złudzenie. Ojciec zachowuje zawsze pewien rodzaj despotycznego stosunku względem syna, którego zalet nie uznaje, a cieszy się z jego błędów. Stąd już starożytni zwykli byli mawiać, że synowie bohaterów stają się nicponiami. A ja dość daleko rozejrzałem się po świecie, by w tej mierze jasne sobie wyrobić pojęcie. Na szczęście, stary nasz przyjaciel, do którego dam panu zaraz list naprędce skreślony, służyć będzie najlepszą informacją. Kiedym go przed laty widział po raz ostatni, opowiadał mi niejedno o pewnym stowarzyszeniu pedagogicznym, które poczytywać musiałem za rodzaj utopii. Wydawało mi się, że przedstawiając obrazowo rzeczywistość, rozumiano tylko szereg idei, myśli, projektów i przedsięwzięć, które wprawdzie w ścisłym ze sobą pozostawały związku, ale chyba w zwykłym biegu rzeczy nie spotykały się razem. Ale ponieważ go znam, ponieważ chętnie chciałby za pomocą obrazów urzeczywistnić, co możliwe i co niemożliwe, nic na to nie mówiłem. A teraz przyda się to nam na coś. Potrafi on z pewnością wskazać nam miejsce i warunki oraz komu z ufnością będziesz pan mógł powierzyć swego chłopca i mieć nadzieję najpomyślniejszego wyniku pod mądrym kierunkiem.
Jadąc dalej i tak rozmawiając, spostrzegli ładną willę, budynek w smaku poważnie przyjemnym, wolną przed nim przestrzeń, a w szerokim, pięknym otoczeniu dobrze zachowane drzewa; bramy i furtki atoli całkiem zamknięte, wszystko osamotnione, ale starannie utrzymane. Od człowieka w podeszłym wieku, który wydawał się zajęty u wejścia, dowiedzieli się, że to jest dziedzictwo młodzieńca, które mu, niedawno zmarły w sędziwym wieku, ojciec pozostawił.
Na dalsze zapytania otrzymali objaśnienie, że dziedzicowi, niestety, zanadto prędko się tu wszystko sprzykrzyło, że nie ma tu nic do roboty i że używać zapasów już istniejących nie jest jego rzeczą. Z tego powodu wyszukał sobie mieszkanie bliżej gór, gdzie dla siebie i towarzyszy swoich buduje chaty z mchu i chce założyć rodzaj pustelni myśliwskiej. Co się tyczyło samego opowiadacza, dowiedzieli się, że jest odziedziczonym wraz z dobrami burgrabią101, że dba jak najstaranniej o utrzymanie wszystkiego w całości i ochędóstwie102, ażeby wnuk jakiś może, wchodząc w usposobienie i posiadłość dziadka, zastał tu wszystko tak, jak ten zostawił.
Gdy przez czas jakiś w milczeniu dalszą drogę odbywali, wszczął Leonard rozmowę uwagą, że właściwością jest człowieka chcieć wszystko rozwijać od początku. Na co przyjaciel odpowiedział, że to daje się objaśnić i usprawiedliwić, gdyż przecież, ściśle mówiąc, każdy rzeczywiście zaczyna od początku.