Wilhelm stał wtedy u bramy parku, otoczonego wysokimi murami. Na znak dany otwarła się mała furtka, a jakiś poważny, uszanowanie budzący mężczyzna przyjął przyjaciela naszego. Znalazł się on wśród dużej, wspaniale zieleniejącej przestrzeni, ocienionej drzewami i krzewami różnorodnymi, tak że ledwie mógł dojrzeć okazałe mury i poważną budowlę poprzez tę gęstą i wysoką roślinność. Przyjazne przyjęcie przez Trzech, którzy się zeszli powoli, zakończyło się wreszcie rozmową. Każdy do niej swoją cząstkę dorzucił, my atoli podajemy jej treść jedynie w skrócie.
— Ponieważ syna waszego nam powierzacie — rzekli oni — winniśmy pozwolić wam zajrzeć głębiej w nasz sposób postępowania. Widzieliście te i owe z rzeczy zewnętrznych, które nie tłumaczą się zaraz ze swego znaczenia. Cóż z nich przede wszystkim chcecie mieć objaśnione?
— Zauważyłem przystojne, ale dziwne gesty i pozdrowienia, których znaczenie chciałbym poznać. U was bez wątpienia zewnętrzność wiąże się z wnętrzem i na odwrót. Raczcie mi ten związek ukazać.
— Dobrze urodzone, zdrowe dzieci — odparli tamci — wiele ze sobą przynoszą. Natura dała każdemu wszystko, czego by potrzebował przez czas dłuższy lub krótszy; rozwinąć to jest naszym obowiązkiem. Częstokroć rozwija się to lepiej samo przez się. Ale jednej rzeczy nikt ze sobą na świat nie przynosi, a przecież jest ona tą, od której wszystko zależy, iżby człowiek stał się wszechstronnie człowiekiem. Jeżeli sami możecie ją odgadnąć, to powiedzcie.
Wilhelm namyślał się przez chwilę, a potem potrząsnął głową.
Tamci, po niejakiej zwłoce, zawołali:
— Uszanowania!
Wilhelm zmieszał się.
— Uszanowania! — ozwano się ponownie. — Wszystkim go brak, może i wam nawet... Trojakie widzieliście gesty. Otóż my przekazujemy trojakie poszanowanie, które jeśli spłynie w jedno, utworzy całość, wtedy dopiero osiąga najwyższą swą siłę i skuteczność. Pierwsze jest uszanowanie względem tego, co jest nad nami. Gest ów, ręce na krzyż na piersi i wesoły wzrok ku niebu, oto co wkładamy na dzieci niedojrzałe, żądając zarazem od nich świadectwa, iż tam w górze jest Bóg, który się w rodzicach, nauczycielach oraz przełożonych odbija i objawia. Drugie jest uszanowanie względem tego, co jest pod nami. Splecione na plecach, jakby związane ręce, spuszczony i uśmiechnięty wzrok powiadają, że na ziemię spoglądać należy życzliwie i pogodnie. Daje ona możność wyżywienia się, dostarcza uciech niewymownych, ale też przynosi i niezmierne cierpienia. Kiedy kto szkodę poniósł na ciele, ze swej winy czy niewinnie, kiedy go inni zranili z zamiarem lub przypadkowo, kiedy mu istota ziemska, woli pozbawiona, sprawiła cierpienie, to niech się dobrze nad tym zastanowi, gdyż takie niebezpieczeństwo towarzyszyć mu będzie przez całe życie. Z tej atoli pozycji zwalniamy wychowanka naszego jak można najprędzej; zaraz, skoro tylko jesteśmy przekonani, że nauka tego stopnia dostatecznie nań podziałała. A potem każemy mu nabrać serca i zwrócić się ku towarzyszom, i stanąć z nimi w rzędzie. I oto stoi prosto i odważnie; nieodosobniony bynajmniej samotnie, lecz w połączeniu z równymi sobie staje frontem przed światem. Dodać coś więcej już byśmy nie potrafili.
— Rozjaśnia mi się! — odparł Wilhelm. — Dlatego to tłum tak grzęźnie w złu, iż znajduje upodobanie jeno w żywiole niechęci i wymyślania. Kto się temu żywiołowi oddaje, niebawem zachowuje się obojętnie wobec Boga, pogardliwie względem świata, a nienawistnie w stosunku do bliźnich. Prawdziwe zaś, istotne, niezbędne poczucie godności własnej ginie w zarozumiałości i roszczeniu. Mimo to pozwólcie mi panowie — mówił Wilhelm dalej — wypowiedzieć jeden zarzut. Czyż od dawna nie poczytywano obawy dzikich ludów przed potężnymi zjawiskami przyrody i innymi niewytłumaczonymi, pełnymi grozy zdarzeniami za zarodek, z którego miało się stopniowo rozwinąć wyższe uczucie, czystsze usposobienie?