— Spójrz, dziadku! Dobrze mu teraz, przybrany w nową odzież stoi obok ojca i znowu jest jego synem.

W kilka godzin potem, gdy Heidi już smacznie spała, dziadek wszedł po drabinie i postawił latarkę tak, by światło padało na dziewczynkę, śpiącą ze złożonymi rękami, nie zaniedbywała bowiem teraz modlitwy. Jej różowa twarzyczka miała wyraz błogiego spokoju i zaufania. Wzruszyło to starca, patrzył długo, nie spuszczając z niej oka, potem złożył ręce, pochylił głowę i rzekł z cicha:

— Ojcze! Zgrzeszyłem wobec nieba i ciebie tak, żem nie godzien zwać się twoim synem!

Kilka gorących łez spłynęło mu po policzkach.

W kilka godzin później, niemal o świcie Halny Dziadek stał przed chatą, spoglądając pogodnie wokoło. W piękny niedzielny poranek błyszczały góry i doliny, skąd dolatywały dźwięki dzwonów, podczas gdy ptaki nuciły pieśni poranne w koronach drzew.

Niedługo wrócił do izby i zawołał w stronę strychu:

— Chodź, Heidi! Słońce już wzeszło! Weź piękną sukienkę! Pójdziemy razem do kościoła.

Takich słów nie słyszała dotąd z ust dziadka. Ubrała się więc spiesznie w swą ozdobną frankfurcką sukienkę i zeszła na dół. Tutaj oniemiała wprost z podziwu na widok dziadka ubranego odświętnie.

— Ach! — wykrzyknęła. — Tak piękny nie byłeś dotąd jeszcze, dziadku! Tego ślicznego surduta ze srebrnymi guzikami nie miałeś za mojej bytności na sobie. Jakże ci do twarzy w tym stroju!

— A tobie także w ślicznej sukience! — odparł z uśmiechem. — Chodźmy!