Nagle doleciało gwizdanie Pietrka, który nadbiegł wkrótce, otoczony swym stadem, na czele którego podskakiwała rącza Ziębulka. Heidi wpadła w środek stada, potrącana z wszystkich stron przez kozy; odsuwała je łagodnie od siebie, gdyż chciała się dostać do lękliwej Śnieżki, którą zawsze odtrącały starsze i mocniejsze kozy, gdy chciała powitać swą przyjaciółkę.

Pietrek wydał straszliwy gwizd, którym chciał przestraszyć kozy i zawrócić je w stronę pastwiska, a przy tym zrobić sobie miejsce, bo miał coś powiedzieć Heidi. Na ten odgłos kozy rozskoczyły się tak, że mógł stanąć przed nią.

— Mogłabyś chyba dziś pójść ze mną? — rzekł z pewnym wyrzutem.

— Nie, nie mogę, Pietrku. Oczekuję gości z Frankfurtu, którzy mogą przybyć lada chwila, i muszę zostać w domu! — odparła stanowczo.

— Ciągle mi to powtarzasz! — mruknął.

— Tak będzie aż do ich przybycia — oświadczyła. — Czyżby mnie mieli nie zastać, Pietrku?

— Mogą sobie przecież poczekać u dziadka — rzekł ponuro.

W tej chwili zabrzmiał z chaty donośny głos:

— Czemuż to wojsko nie rusza? Czy brak wodza, czy żołnierzy?

Pietrek obrócił się natychmiast, świsnął w powietrzu batem, a kozy, znając dobrze hasło, pobiegły pędem pod górę.