— Jakież to piękne, jak piękne! — powtarzała raz po raz. — Nie spodziewałam się wcale. Droga babuniu, chciałabym tu zamieszkać.

Halny Dziadek przysunął tymczasem wózek, położył na siedzeniu kilka chustek wziętych z nosidła i rzekł:

— Lepiej będzie panience tutaj, gdyż krzesło podróżne jest nieco twarde.

Potem, nie czekając na nikogo, wziął Klarę w silne ramiona i usadowił wygodnie. Następnie z wielką starannością okrył jej kolana i nogi, a wszystko to zrobił tak wprawnie, jakby od samego urodzenia wyłącznie pielęgnował chorych. Babunię wprawiło to w wielkie zdumienie.

— Drogi Halny Dziadku! — powiedziała. — Szkoda, że nie wiem, gdzieś się pan uczył pielęgniarstwa, gdyż wysłałabym tam wszystkie znane mi pielęgniarki. To coś niezwykłego.

Halny Dziadek roześmiał się z lekka i rzekł:

— Znam to raczej z praktyki niż z nauki. — Mimo uśmiechu miał smutny wyraz twarzy. Stanął mu przed oczyma obraz okaleczonego człowieka, który nie mógł się poruszać. Był to jego kapitan z walk sycylijskich, którego zabrał z pola i pielęgnował troskliwie do samej śmierci. Przyszło mu na myśl, że powinien zająć się chorą Klarą i przynieść jej ulgę w sposób sobie znany.

Niebo sklepiło się pogodnym szafirem ponad szarymi wysokimi skałami, a Klara spoglądała wokoło, oczarowana widokiem i wszystkimi szczegółami.

— Droga Heidi! — powiedziała w końcu tęsknie. — Chciałabym z tobą chodzić wkoło tego domu i pod jodłami, ujrzeć w twoim towarzystwie wszystko to, co już znam, chociaż dotąd nie widziałam!

Heidi zrobiła wielki wysiłek i udało jej się pięknie zatoczyć wózek po suchej murawie, aż pod jodły. Tu się zatrzymano. Klara wpadła znowu w zachwyt na widok ogromnych, starych drzew o grubych, aż do ziemi spadających konarach. Babunia, towarzysząca dzieciom, również stanęła pełna podziwu. Spoglądała, nie wiedząc, co jest piękniejsze, czy pełne korony, szumiące w błękicie, czy proste kolumny pni, od tak długiego czasu królujące nad doliną, zawsze te same i niezmienne, wśród ciągłego zjawiania się i znikania ludzi i rzeczy.