Mówiono jeszcze to i owo, ale Pietrek miał dość. Wydostał się, jak mógł najciszej, z tłumu i ruszył pod górę pędem, jakby go ktoś ścigał, chcąc złapać za kołnierz. Słowa piekarza przejęły go nieludzkim strachem. Był pewny, że lada dzień przybędzie z Frankfurtu urzędnik policji, który przeprowadzi śledztwo i wszystko wywęszy. Oczywiście, zawloką go do więzienia we Frankfurcie. Na tę myśl włosy mu stawały na głowie.
Wrócił zmieniony nie do poznania. Nie chciał jeść kartofli, nic nie odpowiadał, wlazł czym prędzej do łóżka i zaczął jęczeć.
— Piotruś znowu się musiał objeść szczawiu, że tak stęka! — zauważyła Brygida.
— Musisz mu dawać więcej chleba na drogę! — rzekła babka z litością. — Weź z mojej kromki.
Gdy dziewczęta się położyły, rozmawiały jeszcze chwilę, patrząc w gwiazdy.
— Czy nie przychodziło ci dziś na myśl, jak to dobrze, że Bóg nie ustępuje naszym najgorętszym modłom, jeśli ma dla nas coś lepszego? — rzekła Heidi.
— Czemu teraz o tym wspominasz?
— We Frankfurcie modliłam się ciągle o to, bym mogła zaraz wracać, a ponieważ to nie następowało, sądziłam, że Bóg nie słucha. Gdybym jednak była uciekła, nie przyjechałabyś na halę i nie ozdrowiała.
Klara zamyśliła się.
— Droga Heidi — rzekła — w takim razie nasze modlitwy są całkiem zbyteczne, gdyż Bóg z góry wie, co dla nas najlepsze.