To rzekłszy, babunia wzięła ją za rękę i obie poszły do pracowni.
W dziewczynce zaszła wielka zmiana od dnia, kiedy panna Rottenmeier przychwyciła ją na ucieczce i zburczała, mówiąc, że jest zła i niewdzięczna. Była zadowolona, że pan Sesemann o tym nie wie. Zrozumiała teraz, iż nie może wrócić do domu, kiedy zechce, ale musi zostać we Frankfurcie, długo, może na zawsze. Pan Sesemann, a pewnie także Klara i babunia uważaliby ją za złą i niewdzięczną, gdyby koniecznie chciała wracać. Toteż postanowiła nie mówić o tym nikomu, bowiem babunia mogłaby się pogniewać, tak jak panna Rottenmeier, a do tego dopuścić Heidi nie chciała. Ciężar ten, gniotący jej serce, wzrastał z każdym dniem, przestała jeść i bladła coraz to bardziej. Wieczorem długo nie mogła zasnąć, wspominając z utęsknieniem halę, słońce i kwiaty, śniła też o purpurowym zachodzie Falknisu i lodowych polach Cezaplany. Gdy chciała rankiem wybiec radośnie z chaty, spostrzegała, że leży w wielkim, białym łóżku we Frankfurcie, daleko od ojczystych stron, a wówczas kryła twarz w poduszki, płacząc długo, cicho, by nikt nie usłyszał.
Babunia zauważyła jej smutek. Postanowiła przeczekać parę dni, w nadziei, że przygnębienie minie, gdy jednak trwało dalej, a Heidi przychodziła na śniadanie z zapłakanymi oczyma, wzięła ją pewnego dnia do swego pokoju, postawiła przed sobą i spytała łagodnie:
— Powiedz mi, Heidi, co ci jest? Masz widocznie jakieś zmartwienie, prawda?
Ten właśnie łagodny ton babuni nie pozwolił Heidi okazać się niewdzięczną, toteż dziewczynka odparła smutnym głosem:
— Nie można tego powiedzieć.
— Nie? Nawet Klarze?
— O nie! Nikomu! — zaręczyła, a wyglądała w tej chwili tak nieszczęśliwie, że babunia uczuła wielką litość.
— Coś ci powiem, drogie dziecko — rzekła po chwili. — Jeśli ktoś ma zmartwienie, którego nie może nikomu powiedzieć, żali się Bogu, prosząc, by zdjął ciężar z jego serca. Rozumiesz, prawda? Modlisz się, jak sądzę, codziennie, dziękując za jego dary i prosząc, by cię strzegł od złego?
— O nie, nie modlę się nigdy! — odparła Heidi.