SCENA CZWARTA
ARTUR
patrząc za nimi
Widzę, że znowu palnąłem kapitalne głupstwo! Ale przecież o samym wypadku już wiedział — dopowiedziałem tylko szczegóły... Ile w tym mojej winy? Musiał się przecież o wszystkim dowiedzieć, a lepiej wcześniej niż później... Strasznie głupia historia! Co do mnie, nie przypuszczam nic złego, znam Julię i Ernesta... ale świat!... Ten ich potępia niezawodnie, zwłaszcza że, bądź co bądź, zachowywali się nieostrożnie. I jeśli była jakaś wina z ich strony, to może właśnie pomiędzy tymi czterema ścianami znalazłby się na nią dowód! Aha, otóż macie! Tu stoi fotografia Andrea, naprzeciw niej tylko puste ramy, z których zapewne wyzierało ku Ernestowi wyraziste spojrzenie mojej cioci... Co się stało z tym portretem? Czy go zniszczył? Hm, to by także coś znaczyło. Albo może — i to prawdopodobniejsze — obraz powędrował w inne miejsce, bardziej poufne, i spoczywa obecnie... na serduszku młodego przyjaciela! Hm, hm! A tu znów jakieś wiersze... zobaczmy. Oho! ho! Pożegnanie, którego początkowe litery, ułożone w akrostychu34, tworzą imię... Julia!
Już w drogę, w drogę czas,
Uchodzę, żegnam was!
Lube przeszłości wspomnienia
i cudne duszy marzenia
Ach, żegnam, żegnam was!
Oj, oj, coś mi się to nie podoba! Ha, może to tylko poetyczna zabawka, jak to u tych panów w zwyczaju... ale... znam obwinionych, którzy na mocy mniej ważnych poszlak zostali skazani... A tu znów Dante... otwarty na tej samej stronnicy... nadal na opowiadaniu o Francesce z Rimini! I znów dalej próba metrycznego przekładu tej tragedii: