— Zakazuję ci mówić do mnie w ten sposób — rzekł Kayerts ze stanowczością.
— Ty!... Co takiego? — krzyknął Carlier, zrywając się z krzesła.
Kayerts wstał również.
— Jestem twoim zwierzchnikiem — zaczął — starając się opanować drżący głos.
— Co? — wrzasnął tamten. — Kto jest zwierzchnikiem? Tu nie ma żadnego zwierzchnika. Nie ma nikogo; tu nie ma nikogo prócz mnie i ciebie. Jazda po cukier — ty brzuchaty ośle!
— Milcz! Wynoś się stąd! — krzyknął piskliwie Kayerts. — Odprawiam cię ty — ty łajdaku!
Carlier porwał za krzesło. Wyglądał teraz naprawdę niebezpiecznie.
— Ty flaku, ty nędzny cywilu — masz! — ryknął.
Kayerts schował się pod stół i krzesło uderzyło o trzcinową ścianę. Gdy Carlier usiłował stół obalić, Kayerts rzucił się w rozpaczy na oślep, z głową spuszczoną jak osaczona świnia; przewróciwszy Carliera wypadł na werandę i wbiegł do swego pokoju. Zamknął drzwi na klucz, porwał rewolwer i stał dysząc. Nie upłynęła minuta, gdy Carlier jął10 kopać wściekle w drzwi rycząc:
— Jeśli mi nie dasz cukru, zastrzelę cię jak psa. No! Raz — dwa — trzy... Nie chcesz? Pokażę ci, kto tu panem!