Kayerts pomyślał, że drzwi za chwilę ustąpią i wylazł przez kwadratową dziurę, która służyła za okno. Teraz dzieliła ich cała szerokość domu. Ale tamten był widać za słaby, aby drzwi wywalić i Kayerts usłyszał, że biegnie naokoło. Wówczas i on zaczął biec mozolnie na spuchniętych nogach. Biegł ze wszystkich sił, ściskając w dłoni rewolwer i wciąż nie mógł jeszcze zrozumieć, co się z nim dzieje. Widział kolejno domek Makoli, skład, rzekę, wąwóz, niskie krzaki; i znów zobaczył to wszystko, biegnąc po raz drugi naokoło domu. I jeszcze raz mignęło to samo przed jego oczyma. Tego ranka nie byłby mógł przejść bez stękania nawet i paru kroków. A teraz biegł. I to biegł dość szybko, aby ukryć się przed wzrokiem tamtego.

Wreszcie, goniąc resztkami sił, pomyślał w ostatecznej rozpaczy: — Umrę, a nie potrafię obiec jeszcze raz w koło — i w tejże chwili usłyszał, że Carlier potknął się ciężko i stanął. Kayerts zatrzymał się także. Znajdował się przy tylnej ścianie domu, a tamten przy frontowej, tak jak przedtem. Usłyszał, że Carlier pada na krzesło, przeklinając i nagle nogi ugięły się pod nim; osunął się na ziemię z plecami opartymi o ścianę. Usta miał suche jak żużel, a twarz mokrą od potu — i łez. O co im poszło? Pomyślał, że to chyba straszne złudzenie; pomyślał, że przeżywa to we śnie; pomyślał, że dostaje pomieszania zmysłów! Po chwili opamiętał się. O co się właściwie pokłócili? O ten cukier? Cóż za idiotyzm! Ależ da mu ten cukier — nie potrzebuje tego cukru. I zaczął dźwigać się, ogarnięty nagłym poczuciem bezpieczeństwa. Ale zanim jeszcze stanął na nogach, odruch zdrowego rozsądku pogrążył go znowu w rozpaczy. Pomyślał: — Jeśli ustąpię teraz temu rozbestwionemu żołdakowi, jutro zaczną się te same okropności — i pojutrze — i następnego dnia — i ciągle. — Będzie występował z coraz to innymi pretensjami, podepcze mnie, zadręczy, zrobi ze mnie swojego niewolnika — i będę zgubiony! Zgubiony! Parowiec nadejdzie może za wiele dni — może nigdy nie nadejdzie. — Trząsł się tak silnie, że musiał znów usiąść na ziemi. Dygotał bezradnie. Czuł, że nie może i nie chce się już ruszyć. Odchodził od zmysłów, pojąwszy nagle, że znalazł się w położeniu bez wyjścia, że śmierć i życie stały się w mgnieniu oka jednako trudne i straszne.

Nagle usłyszał, że tamten odsuwa krzesło — i skoczył na równe nogi z niezmierną łatwością. Nasłuchiwał pilnie. Przejął go wstyd; znów musi biegnąć! Na prawo czy na lewo? Usłyszał kroki. Rzucił się na lewo, ściskając rewolwer i w tejże samej chwili wydało mu się, że się zderzyli gwałtownie. Huknął strzał; buchnął czerwony płomień, gęsty dym; Kayerts ogłuszony, oślepiony, rzucił się do ucieczki, myśląc: — Jestem raniony, już po mnie. — Myślał, że tamten go dopędzi, aby napawać się jego agonią. Chwycił się słupa podtrzymującego dach. — Już po wszystkim! — Nagle usłyszał, że ktoś zwalił się z łoskotem po drugiej stronie, jakby natknąwszy się na oślep na krzesło — potem uczyniła się cisza. Nie stało się nic więcej. Kayerts nie umarł. Tylko czuł, że ramię ma boleśnie poturbowane, i spostrzegł, że zgubił rewolwer. Był bezradny i bezbronny. Czekał na swój los. Tamten nie odzywał się wcale. To podstęp. Pewno skrada się do niego! Którędy? Może bierze go w tej chwili na cel? Po krótkiej chwili męki, straszliwej i bezsensownej, postanowił stawić czoło losowi. Gotów był poddać się wszystkiemu. Obszedł róg domu opierając się ręką o ścianę, postąpił jeszcze kilka kroków — ledwie nie zemdlał. Zobaczył na podłodze werandy wystające zza drugiego węgła stopy leżącego człowieka, białe, nagie stopy w czerwonych pantoflach. Uczuł się śmiertelnie chory i przez chwilę stał w głębokim mroku. Nagle Makola zjawił się przed nim i rzekł spokojnie:

— Niech pan tu przyjdzie, panie Kayerts. On nie żyje.

Kayerts wybuchnął łzami wdzięczności — głośnym płaczem i szlochaniem. Po pewnym czasie zorientował się, że siedzi na krześle i patrzy na Carliera, który leży na wznak wyciągnięty na podłodze. Makola klęczał obok ciała.

— Czy to pana rewolwer? — spytał, powstając.

— Tak — odrzekł Kayerts i dodał natychmiast: — Biegł za mną, żeby mnie zabić — widziałeś!

— Tak, widziałem — odrzekł Makola. — Tu jest tylko jeden rewolwer; gdzie drugi?

— Nie wiem — szepnął Kayerts osłabłym nagle głosem.

— Pójdę i poszukam — rzekł tamten łagodnie.