„Błyskawica”, załadowana materiałem na budowę nowego domu, opuściła przystań w Batawii32, zabierając nowożeńców na nieznane Borneo; na jej pokładzie nie było jednak miłości i szczęścia, choć opowiadał tak stary Eingard, chełpiąc się młodą parą wobec przygodnych przyjaciół po werandach różnych hoteli. Stary żeglarz natomiast czuł się idealnie szczęśliwy. Wypełnił na koniec swój obowiązek względem dziewczyny. „Wiecie przecież, przeze mnie została sierotą”, kończył uroczyście gawędy o interesach, rozprawiając jak zwykle w przypadkowym towarzystwie łazęgów z wybrzeża. Wykrzyki uznania na wpół pijanych słuchaczy napełniały prostą jego duszę rozkoszą i dumą. „Ja potrafię przeprowadzić wszystko, co tylko zechcę” było także ulubionym jego powiedzeniem; stosując się do tej zasady, przyśpieszał gorączkowo budowę domu i składów nad rzeką Pantai. Dom przeznaczony był dla młodej pary, a składy dla wielkiego handlu, który miał się rozwinąć pod kierownictwem Almayera. Natomiast on, Lingard, będzie mógł oddać się całkowicie pewnemu tajemniczemu przedsięwzięciu. Mówiło się o nim tylko półsłówkami, lecz wiedziano, że chodzi o złoto i diamenty w głębi wyspy. Almayer gorączkował się również. Gdyby był wiedział, co go czeka, nie śledziłby z takim upragnieniem i nadzieją ostatniej łódki z wyprawy Lingarda, znikającej na zakręcie w górze rzeki. Gdy obejrzał się wokoło i ogarnął wzrokiem ładny domek, wielkie składy budowane porządnie przez całą armię chińskich cieśli i nowy pomost, u którego skupiały się łodzie handlowe, porwało go nagle uniesienie na myśl, że cały świat do niego należy.
Ale świat trzeba było wpierw zdobyć, a zdobycie to nie było tak łatwe, jak mu się zdawało. Bardzo prędko dano mu do zrozumienia, że nie jest wcale pożądany w tym zakątku świata, gdzie umieścił go Lingard i własna jego słaba wola, w tym gnieździe intryg nieprzebierających w środkach i zaciekłego współzawodnictwa w handlu. Arabowie odkryli niebawem wjazd do rzeki i założyli osadę w Sembirze, a gdziekolwiek handlowali, chcieli być panami u siebie i nie tolerowali żadnej konkurencji. Pierwsza wyprawa Lingarda nie powiodła się; wyruszył po raz drugi, wydając na tajemnicze podróże wszystkie zyski osiągnięte z jawnie prowadzonego handlu. Almayer pasował33 się z trudnościami swojego położenia, pozbawiony przyjaciół i wszelkiej pomocy; jedynym jego opiekunem — przez wzgląd na Lingarda — był stary radża, poprzednik Lakamby. Sam Lakamba mieszkał wtedy jako człowiek prywatny w środku ryżowej polanki położonej siedem mil niżej nad rzeką i używał całego swojego wpływu, aby pomagać nieprzyjaciołom białego człowieka; knuł spiski przeciw staremu radży i Almayerowi, kombinując przy tym z niezawodzącą nigdy pewnością, która świadczyła jasno o wtajemniczeniu w najskrytsze ich sprawy. Na pozór usposobiony był przyjaźnie. Okazałą postać Malaja widywano często na werandzie Almayera; zielony jego turban i kaftan złotem szyty jaśniały w pierwszym rzędzie tłumu spokojnych i godnych Malajów, którzy przychodzili pozdrowić Lingarda wracającego z głębi wyspy. Pokłony Lakamby były najniższe, a uściski ręki należały do najserdeczniejszych, gdy witał starego kupca, lecz małe jego oczka umiały zawsze dostrzec, jaka jest sytuacja w danej chwili. Opuszczając dom Almayera z przelotnym uśmiechem zadowolenia, udawał się na długie narady do przyjaciela swojego i wspólnika — szefa handlowej stacji arabskiej — Saida Abdulli, który był człowiekiem bardzo możnym i cieszył się potężnym wpływem na wyspach okolicznych.
W osadzie wiedziano wtedy powszechnie, że odwiedziny Lakamby w domu Almayera nie ograniczały się do tych oficjalnych wizyt. W noce księżycowe zapóźnieni rybacy z Sembiru widywali często czółenko wymykające się z wąskiej zatoki za domem białego człowieka; samotny wioślarz płynął ostrożnie w dół rzeki, trzymając się głębokiego cienia wzdłuż brzegu. Zdarzenia te, z których sumiennie zdawano sprawę, roztrząsane były do późnej nocy wokół ognisk wieczornych z cynizmem określeń zwykłym u Malajów [arystokratycznego pochodzenia i ze złośliwym zadowoleniem z domowych nieszczęść orang Belanda — znienawidzonego Holendra]. Almayer walczył wciąż rozpaczliwie, lecz chwiejność jego zamiarów pozbawiła go wszelkiej możliwości powodzenia wobec ludzi tak bezwzględnych i zdecydowanych na wszystko jak przeciwnicy jego — Arabowie. Handel zamierał stopniowo w obszernych składach; budynki zaczęły miejscami butwieć. Bankier starego marynarza, Hudig z Makassaru, zbankrutował; wskutek tego przepadł cały kapitał, którym można było rozporządzać. Dochody z ubiegłych lat pochłonęła odkrywcza mania Lingarda. Stary żeglarz przebywał wtedy w głębi wyspy — może już nie żył — a w każdym razie nie dawał znaku o sobie. Almayer pozostał sam wśród tych wrogich okoliczności; jedyną jego osłodą było towarzystwo sześcioletniej córeczki, która urodziła się w dwa lata po ślubie. Żona Almayera zaczęła go wkrótce traktować z dziką pogardą zaznaczającą się ponurym milczeniem, urozmaicanym przy sposobności potokiem wściekłych obelg. Czuł, że ta kobieta go nie znosi. Widział nieraz zawistne jej oczy śledzące dziecko i jego z wyrazem prawie wrogim: zazdrosna była o dziewczynkę, która okazywała ojcu więcej przywiązania. Almayer nie czuł się bezpieczny z tą kobietą pod jednym dachem. Zdarzało się nieraz, że w szale bezmyślnej nienawiści do wszystkich oznak cywilizacji paliła meble i zdzierała firanki, podczas gdy Almayer, przerażony tymi wybuchami dzikości, rozmyślał w milczeniu, jaką drogą mógłby się jej najłatwiej pozbyć. Wszelkie możliwe sposoby przewinęły mu się przez głowę, snuł nawet plan morderstwa, chwiejny i niejasny, jednak na czyn się nie odważył, oczekując lada dzień powrotu Lingarda z wieścią o jakimś niesłychanym powodzeniu. Król Morza rzeczywiście powrócił, lecz postarzały i chory — cień dawnego Lingarda — z płomieniem gorączki w zapadłych oczach; z licznej wyprawy prawie on jeden ocalał. Ale powiodło mu się nareszcie! Nieprzebrane skarby były w jego ręku: potrzebował tylko więcej pieniędzy — trochę więcej jeszcze — aby urzeczywistnić marzenie o bajecznej fortunie. A Hudig tymczasem zbankrutował! Almayer zgarnął wszystko, co tylko mógł, lecz stary żeglarz potrzebował więcej jeszcze. Jeśli Almayer nie będzie mógł mu dopomóc, pojedzie do Singapuru, a nawet do Europy, lecz przede wszystkim do Singapuru i weźmie z sobą małą Ninę. Dziecko musi otrzymać przyzwoite wychowanie. W Singapurze mieszkają dobrzy przyjaciele Lingarda, którzy zajmą się małą i dopilnują jej wykształcenia. Wszystko pójdzie dobrze i dziewczynka — na którą stary żeglarz zdawał się przenosić swoją dawną miłość do jej matki — będzie najbogatszą kobietą na Wschodzie, a nawet na całym świecie. Tak wykrzykiwał stary Lingard; obdarty, rozczochrany, uniesiony zapałem, wymachiwał cygarem, chodząc po werandzie ciężkim krokiem, przyzwyczajonym do mierzenia pokładu; Almayer zaś siedział skulony na stosie mat i myślał z trwogą o rozstaniu z jedyną istotą, którą kochał. Może większym jeszcze przerażeniem przejmowała go myśl o nieuniknionym przejściu z żoną, dziką tygrysicą, której miał wydrzeć młode. „Otruje mnie”, myślał nieborak, znając dobrze ten łatwy i ostateczny sposób rozwiązywania wszelkich zagadnień życia Malajów: społecznych, politycznych czy też rodzinnych. Ku wielkiemu zdumieniu Almayera żona jego przyjęła tę wiadomość bardzo spokojnie, spojrzała tylko ukradkiem na męża i na Lingarda, nie mówiąc ani słowa. To jednak nie przeszkodziło jej nazajutrz skoczyć do rzeki i płynąć za łódką, w której Lingard uwoził niańkę z płaczącym dzieckiem. Almayer musiał ścigać żonę w myśliwskim czółnie i wyciągać ją z wody za włosy wśród wrzasków i przekleństw, od których zdawało się, że niebo pęknie. Ale po dwu dniach, spędzonych na zawodzeniu, wróciła do poprzedniego trybu życia i żując betel34, siedziała cały dzień wśród swoich kobiet pogrążona w tępym lenistwie. Od tego czasu zaczęła się szybko starzeć, budząc się z odrętwienia po to jedynie, aby rzucić mężowi jadowitą uwagę czy obelżywy wykrzyknik, gdy się wypadkiem znalazł w jej obecności. Almayer zbudował dla żony szałas w podwórzu nad rzeką, gdzie żyła w zupełnym odosobnieniu. Wizyty Lakamby ustały z chwilą, gdy stary władca Sembiru rozstał się z tym światem wskutek odnośnego dekretu Opatrzności, popartego drobną leczniczą manipulacją. Lakamba objął po nim rządy, do czego przyczynili się u władz holenderskich życzliwi mu Arabowie. Said Abdulla był pierwszą osobą i najpotężniejszym kupcem na całą Pantai. Zrujnowany i bezsilny ALmayer, uwikłany w gęstej sieci ich knowań, zawdzięczał życie tylko przypuszczeniu, że posiada cenną tajemnicę Lingarda. A Lingard przepadł. Napisał raz z Singapuru, donosząc, że dziecko ma się dobrze i pozostaje pod opieką niejakiej pani Vinck, a on sam jedzie do Europy, aby zebrać pieniądze na wielkie swoje przedsięwzięcie. „Wracam niezadługo. Nie będzie z tym żadnych trudności — pisał — ludzie rzucą się do mnie tłumnie z pieniędzmi”. Widocznie stało się inaczej; przyszedł od niego jeszcze jeden list, gdzie donosił, że jest chory, że krewni jego pomarli — i nic więcej. Nastąpiło zupełne milczenie. Europa najwidoczniej połknęła Radża Laut; na próżno spoglądał Almayer na zachód, wypatrując promienia światła w mroku zawiedzionych nadziei. Mijały lata; z rzadka przychodziły listy od pani Vinck, potem od samej dziewczynki; była to jedyna rzecz, która czyniła życie znośnym wśród tryumfującego barbarzyństwa. Almayer żył teraz samotnie, nie odwiedzając nawet swoich dłużników; wiedział, że płacić nie myślą, pewni opieki Lakamby. Wierny Sumatrańczyk Ali gotował mu ryż i kawę, gdyż Almayer nie ufał nikomu, a najmniej ze wszystkich własnej żonie. Zabijał czas, błąkając się smutnie po zarośniętych ścieżkach naokoło domu; obchodził także rozwalające się hale towarowe, gdzie kilka mosiężnych strzelb pokrytych grynszpanem35 i parę rozbitych pak z butwiejącymi perkalami przypominało mu dawne, dobre czasy. W halach przepełnionych towarem kipiało wtedy życie, a on stał na wybrzeżu obok swej córeczki i doglądał krzątających się ludzi. Teraz zaś łódki z wyżej położonych okolic omijały zmurszały pomost Lingarda i Sp., skupiając się w nowej przystani należącej do Abdulli. I to wcale nie z miłości do potężnego Araba; po prostu nikt nie miał odwagi prowadzić handlu z człowiekiem, którego gwiazda zgasła. Taki kupiec nie mógłby się spodziewać litości ani od Arabów, ani od radży; nie dostałby na kredyt ryżu w czasie przednówka, Almayer zaś nie byłby mu w stanie pomóc, bo czasem ledwie sam mógł się wyżywić. Pogrążony w osamotnieniu i rozpaczy, zazdrościł często swemu bliskiemu sąsiadowi, Chińczykowi Dżim Eng; widywał go nieraz rozciągniętego na stosie chłodnych mat, z drewnianą poduszką pod głową i fajką z opium36 w bezsilnych palcach. Almayer nie szukał jednak ukojenia w opium — może było to za kosztowne — może duma człowieka białego ratowała go od upadku — a najprawdopodobniej strzegła go myśl o córeczce w odległych Straits Settlements37. Miewał o niej częstsze wiadomości, odkąd Abdulla kupił parowiec kursujący mniej więcej co trzy miesiące między Singapurem a osadą nad Pantai. Czuł się teraz bliżej córki. Tęsknił za jej widokiem i projektował podróż do Singapuru, lecz wyjazd swój z roku na rok odkładał, oczekując ciągle jakiegoś pomyślnego zwrotu w swoim losie. Nie chciał powitać córki z pustymi rękoma, bez słów nadziei na ustach. Nie mógł skazywać jej na dziki tryb życia, jaki sam prowadził — a zarazem bał się jej trochę. Co też sobie o nim pomyśli? Zaczął liczyć lata. To już dojrzała kobieta wychowana w zachodniej cywilizacji, młoda i pełna nadziei; a on czuł się stary, zwątpiały i bardzo podobny do tych dzikich wokół siebie. Zadawał sobie pytanie, jaka będzie jej przyszłość. Nie mógł na to odpowiedzieć i nie śmiał myśleć o tym. A jednak tęsknił za córką. Latami ciągnęło się jego wahanie.
Niespodziane zjawienie się Niny w Sembirze położyło kres tej niepewności. Przyjechała na parowcu pod opieką kapitana. Almayer powitał ją ze zdumieniem niepozbawionym podziwu. W ciągu tych lat dziesięciu wyrosła z dziecka na kobietę, czarnowłosą, o cerze oliwkowej, wysmukłą i piękną. W wielkich, smutnych jej oczach o lękliwym wyrazie właściwym Malajkom przebijał odcień zadumy, dziedzictwo po przodkach europejskich. Almayer myślał z przerażeniem o spotkaniu żony z córką. Co sobie pomyśli to poważne dziewczę w sukni europejskiej o matce żującej betel, siedzącej w kucki w ciemnym szałasie, nieporządnej, półnagiej i ponurej? Obawiał się także wybuchu wściekłości ze strony tej jędzy; dotychczas umiał ją utrzymywać w jakim takim spokoju, ratując resztki swych potrzaskanych mebli. I stał teraz przed zamkniętymi drzwiami szałasu w oślepiającym blasku słońca, przysłuchując się szmerowi głosów — zaciekawiony tym, co się wewnątrz dzieje. Wszystkie dziewczęta służebne zostały wyrzucone za drzwi na samym początku rozmowy i stały zbite w gromadkę przy ogrodzeniu, z twarzami na wpół zasłoniętymi, szczebiocząc z ciekawością i snując domysły.
Almayer zapamiętał się zupełnie, usiłując pochwycić choć jakieś luźne słowo przez bambusową ścianę; dopiero kapitan parowca, na którym przyjechała Nina, bojąc się słonecznego udaru dla niego, wziął go pod rękę i zaprowadził na werandę. Stał już tam kufer Niny, przyniesiony przez ludzi z parowca. Almayer usadowił kapitana Forda przed pełną szklanką, poczęstował go cygarem i zapytał zaraz o przyczynę niespodziewanego przyjazdu córki. Ale Ford niewiele miał do powiedzenia poza gwałtownie i niejasno formułowanymi ogólnikami o głupocie kobiet w ogóle, a pani Vinck w szczególności.
— Wiesz, Kasprze — rzekł na zakończenie do podnieconego Almayera — diabelnie głupio mieć w domu Metyskę38. Wszędzie się trafiają idioci. Był tam ten młodzik z banku i ciągle jeździł do willi Vincków, i rano, i wieczorem. Stara myślała, że to chodzi o jej Emmę. Jak tylko wymiarkowała39, co mu właściwie pachnie — dopiero się wrzask podniósł, no, mówię ci. Ani chwili dłużej nie chciała mieć Niny u siebie. Dowiedziałem się o tej historii i wziąłem dziewczynę do nas. Moja żona jest niezłą sobie kobieciną i — słowo daję — bylibyśmy ją zatrzymali przez wzgląd na ciebie, tylko że sama nie chciała zostać. No, no! Nie unoś się, Kasprze. Siedź spokojnie, cóż na to możesz poradzić? Tak będzie lepiej — niech zostanie z wami. Nie była tam wcale szczęśliwa. Te dwie dziewczyny Vincków są mało co lepsze od tresowanych małp. Pogardzały nią. Trudno, nie możesz zmienić jej skóry. I po co kląć? Nic ci to nie pomoże. To dobra dziewczyna pomimo wszystko, ale nie chciała nic mojej żonie powiedzieć. Chcesz, to jej się sam zapytaj, ale na twoim miejscu zostawiłbym ją w spokoju. O zapłatę za przyjazd niech cię głowa nie boli, mój stary, pewno jesteś kuso40 z pieniędzmi. — Tu kapitan rzucił cygaro i poszedł, aby „napędzić tych tam na statku”, jak się wyraził.
Almayer na próżno oczekiwał, że dowie się o przyczynie powrotu córki z jej własnych ust. Ani pierwszego dnia, ani też później nie wspomniała nigdy o swoim życiu w Singapurze. Bał się pytać, onieśmielony niewzruszonym spokojem jej twarzy, poważnym wyrazem oczu skierowanych w dal poza niego na wielkie, ciche lasy, spoczywające w majestatycznym śnie przy wtórze szerokiej rzeki. Pogodził się ze skrytością córki, uszczęśliwiony jej przywiązaniem i opieką, jaką go otaczała. Stosunek Niny do ojca nie był jednak równy. Przychodziły na nią niekiedy, jak to nazywał, „złe dni”; odwiedzała wtedy matkę, przesiadując godzinami w szałasie nad rzeką. Wychodziła stamtąd równie niezbadana jak i przedtem, lecz w spojrzeniu jej przebijała pogarda, a wszelkie przemowy Almayera zbywała krótką odpowiedzią. Przyzwyczaił się nawet i do tego; zachowywał się cicho w takie dni, nie okazując wielkiej trwogi, jaką w nim budził wpływ żony na córkę. Skądinąd Nina przystosowała się z zadziwiającą łatwością do warunków na wpół dzikiego, nędznego życia. Znosiła bez niechęci ani też widocznego wstrętu zaniedbanie, nieład, biedę panującą w domu, brak umeblowania i uprzykrzonej potrawy z ryżu. Mieszkała z Almayerem w butwiejącym domku, zbudowanym niegdyś przez Lingarda dla młodej pary. Malaje rozprawiali z ożywieniem o przybyciu Niny. Zdarzały się na początku tłumne najścia Malajek z dziećmi, domagających się natarczywie od młodej mem putih41, aby udzieliła im obat42 na wszystkie choroby. Z nadejściem wieczornego chłodu poważni Arabowie w długich, białych koszulach i żółtych kaftanach bez rękawów kroczyli z wolna zapyloną ścieżką wzdłuż rzeki ku wrotom Almayera. Zaszczycając niewiernego uroczystymi odwiedzinami pod pierwszym lepszym pozorem jakiegoś interesu, myśleli tylko o tym, aby zerknąć na jego córkę — w sposób zresztą wysoce przyzwoity. Nawet Lakamba ukazał się spoza swego częstokołu, olśniewając widzów orszakiem łodzi wojennych pod czerwonymi parasolami. Wylądował na zmurszałym pomoście firmy Lingard i Sp. i oświadczył, że przybywa, aby zakupić parę miedzianych strzelb na podarunek dla swego przyjaciela, wodza sembirskich Dajaków. Almayer, podejrzliwy, lecz uprzejmy, zajął się osobiście odgrzebywaniem starych strzelb w składach, a radża zasiadł w fotelu na werandzie, otoczony orszakiem przejętym czcią dla władcy, i czekał na próżno na pojawienie się Niny. Był to jeden z jej „złych dni”; pozostała w szałasie matki, śledząc z daleka uroczyste ceregiele. Radża oddalił się, zawiedziony, lecz pełen dworności. Almayer zaś począł wkrótce zbierać owoce polepszonych stosunków z władcą w postaci odzyskania niektórych długów; zwrócili je wśród mnogich usprawiedliwień i wielu niskich pokłonów dłużnicy, których do tej pory uważał za beznadziejnie niewypłacalnych. Wobec tych pomyślniejszych okoliczności Almayer nabrał otuchy. Może jeszcze nie wszystko było stracone? Arabowie i Malaje przekonali się na koniec, że i on coś znaczy. I snując rozległe plany według swego zwyczaju, pogrążał się w marzeniach o wielkiej fortunie dla siebie i Niny. Dla niej przede wszystkim! Pod wpływem tych ożywczych podniet poprosił kapitana Forda o napisanie do Anglii, do przyjaciół, z zapytaniem o Lingarda. Czy żyje czy też umarł? A jeśli nie żyje, czy nie zostawił jakichś papierów, dokumentów czy też wskazówek co do wielkiej swojej wyprawy? Almayer znalazł tymczasem wśród rupieci, w jednym z pustych pokojów, notatnik należący niegdyś do starego awanturnika. Wczytywał się w zawiłe pismo kartek i zamyślał się często nad nimi. Zaszły także i inne wypadki budzące go z odrętwienia. Założenie British Borneo Company43 wstrząsnęło całą wyspą, ożywiając nawet ślimaczy nurt sembirskiego życia. Oczekiwano wielkich zmian, mówiono o aneksji; Arabowie byli coraz grzeczniejsi. Almayer rozpoczął budowę nowego domu na użytek przyszłych inżynierów, ajentów lub osadników nowej spółki. Włożył w to z ufnym sercem wszystko, co posiadał, aż do ostatniego guldena. Jedna tylko okoliczność psuła mu szczęście: oto żona jego porzuciła swoją kryjówkę, wnosząc w zacisze małego domku zielony kaftan, obcisłe sarongi44, ostry głos i wygląd czarownicy. A córka przyjęła z zadziwiającą równowagą to dzikie wtargnięcie w poufność ich codziennego życia. Nie podobało się to Almayerowi, ale nie ośmielił się nic powiedzieć.
Rozdział trzeci
Władza postanowień zapadłych w Londynie sięga daleko. W gmachu przysłoniętym mgłą, siedzibie Borneo Company, powzięto decyzję, która zgasiła w oczach Almayera świetny blask tropikalnego słońca, pojąc go żółcią jeszcze jednego zawodu. Anglia wyrzekła się pretensji do tej części zachodniego wybrzeża i zostawiła rzekę Pantai pod nominalną władzą Holandii. W Sembirze wybuchła radość i podniecenie. Niewolników usunięto pośpiesznie w głąb lasu i dżungli, a w osiedlu radży powiały chorągwie z wysokich żerdzi w oczekiwaniu na odwiedziny łodzi holenderskiego okrętu wojennego.
Fregata45 stanęła na kotwicy poniżej ujścia rzeki, łodzie zaś popłynęły w górę, holowane przez parową szalupę, snując się ostrożnie krętym wężem wśród mrowia czółen przepełnionych Malajami w barwnych strojach. Dowodzący oficer wysłuchał z powagą lojalnej przemowy Lakamby, odwzajemnił salaamy46 Abdulli i zapewnił tych dostojników w wyszukanym języku malajskim, że wielki radża hen w Batawii żywi przyjaźń i jak najlepsze chęci względem władcy i mieszkańców wzorowego państwa Sembiru.