Almayer śledził z werandy poprzez rzekę ten uroczysty ceremoniał. Słyszał huk armatek na cześć nowej flagi ofiarowanej Lakambie i głęboki pogwar47 tłumu falującego wzdłuż ostrokołu. Dym wystrzałów unosił się w białych obłokach na zielonym tle lasu i Almayer porównał mimo woli swoje zwodne nadzieje do niknącej szybko mgły. Nie czuł bynajmniej patriotycznego uniesienia wobec tych wypadków, musiał jednak zdobyć się na uprzejmość, gdy oficerowie marynarki należący do komisji przeprawili się przez rzekę po urzędowym ceremoniale, aby złożyć wizytę białemu samotnikowi, o którym słyszeli. Pragnęli też niewątpliwie zerknąć na jego córkę; pod tym względem jednak spotkało ich rozczarowanie, bo Nina nie chciała się ukazać. Dżin i cygara, które postawił przed gośćmi gościnny Almayer, snadź48 łatwo ich pocieszyły. Porozkładali się wygodnie na kulawych fotelach w cieniu werandy; szeroka rzeka zdawała się wrzeć w żarze i oślepiającym blasku słońca, a goście przepełniali małą willę niezwykłym gwarem europejskich języków. Żartowali i śmiali się do rozpuku z tłustego Lakamby, którego obsypywali dopiero co tylu pochlebstwami. Młodsi spośród oficerów w przystępie nagłej życzliwości dla gospodarza wyciągnęli go na zwierzenia. Podniecony widokiem europejskich twarzy, dźwiękiem mowy europejskiej, Almayer otworzył serce wobec pełnych współczucia nieznajomych, nie zdając sobie sprawy, jak dalece opowiadanie o jego rozlicznych nieszczęściach bawi tych przyszłych admirałów. Pili jego zdrowie, życząc mu mnóstwa diamentów i całej góry złota, oświadczyli nawet, że zazdroszczą wielkich przeznaczeń oczekujących go jeszcze. Ośmielony tak wielką życzliwością, siwowłosy i naiwny marzyciel zaprosił gości, aby obejrzeli nowy jego dom. Poszli tam w rozproszonej gromadzie przez wysoką trawę, a tymczasem przygotowywano już łódki do powrotu w dół rzeki o wieczornym chłodzie. Zwiedzili wielkie pokoje, z których ziało pustką i zaniedbaniem; przez okienne otwory wpadał letni powiew, wirując wśród zeschłych liści i kurzu. Almayer w białej kurtce i kwiecistym sarongu stał w gronie błyszczących mundurów i stukał mocno nogą w podłogę, aby pokazać wytrzymałość szczelnie dopasowanych tafli; rozwodził się przy tym nad pięknem i dogodnością budynku. Oficerowie słuchali go, potakując, zdumieni zadziwiającą prostodusznością i ślepą wiarą w przyszłość tego człowieka, aż wreszcie podniecony Almayer wyraził żal, iż przybycie Anglików nie doszło do skutku, „umieją oni bowiem podnieść dobrobyt bogatego kraju”. W odpowiedzi na to szczere wyznanie holenderscy marynarze wybuchnęli śmiechem i ruszyli ku łodziom. Stąpając ostrożnie po zbutwiałych belkach pomostu, Lingard Almayer zbliżył się do przewodniczącego komisji i napomknął nieśmiało o obronie należnej poddanym holenderskim przed chytrymi Arabami. Na to morski dyplomata odpowiedział znacząco, że Arabowie lepszymi są poddanymi od Holendrów, którzy prowadzą z Malajami zakazany handel prochem. Bogu ducha winny Almayer poznał tu od razu gładki język Abdulli i uroczystą wymowę Lakamby, ale nim zdążył wyrazić protest pełen oburzenia, parowa szalupa i szereg łodzi ruszyły szybko w dół rzeki, zostawiając go z otwartymi ustami na pomoście, w zdumieniu i gniewie. Trzydzieści mil rzeką dzieli Sembir od wysepek rozsianych jak klejnoty przy ujściu Pantai, gdzie fregata czekała na powrót małej flotylli. Księżyc wzeszedł, zanim łodzie przebyły połowę tej drogi. Czarny las, śpiący spokojnie pod zimnym światłem miesiąca49, ocknął się, zbudzony salwami śmiechu oficerów wspominających żałosne zwierzenia Almayera. Z łodzi do łodzi krążyły na jego temat żarty zaprawne marynarskim dowcipem, nieobecność jego córki omawiano ze srogim50 niezadowoleniem, a na wpół ukończony dom, zbudowany na przyjęcie Anglików, został jednogłośnie nazwany owej wesołej nocy „Szaleństwem Almayera”.

Po tych odwiedzinach życie w Sembirze toczyło się długi czas zwykłym, monotonnym trybem. Ranne promienie słońca oświetlały dzień w dzień jednaki obraz pracowitej krzątaniny. Gdy Nina szła ścieżką stanowiącą główną ulicę osady, miała przed oczami zawsze ten sam widok: mężczyźni wylegiwali się na wysokich tarasach z ocienionej strony chat, kobiety zajęte były skrzętnie łuskaniem ryżu, a nagie brunatne dzieci biegały po cienistych, wąskich ścieżkach wiodących z polanki do polanki. Dżim Eng przechadzał się przed swym domkiem; witał Ninę przyjaznym skinieniem głowy i wspinał się z powrotem po kładce, spiesząc do ukochanej fajki z opium. Starsze dzieci, ośmielone długą znajomością, gromadziły się naokoło Niny i błyskały śnieżnymi zębami, oczekując na deszcz szklanych paciorków; ciemne paluszki ciągnęły na wszystkie strony fałdy jej białej sukni. Nina witała dzieciarnię spokojnym uśmiechem i miała zawsze kilka przyjaznych słów dla syjamskiego51 dziewczątka, niewolnicy należącej do Bulangiego. Liczne żony tego pracowitego rolnika słynęły z gwałtowności; chodziły słuchy — niepozbawione zresztą podstawy — że sprzeczki w chacie Malaja kończą się zwykle gromadnym natarciem wszystkich jego żon na syjamską niewolnicę. Ale dziewczątko nie skarżyło się nigdy; może przez ostrożność, może wskutek dziwnej, biernej rezygnacji, właściwej półdzikim kobietom. Od wczesnego rana widać ją było krążącą wśród chat, wzdłuż rzeki lub na pomostach; na głowie kołysała zręcznie tacę z pieczywem, które roznosiła na sprzedaż. Podczas największego upału szukała zwykle schronienia w kampungu Almayera i, zachęcona przez Ninę, przysiadała na piętach w zacienionym kącie werandy, trzymając tacę przed sobą. Widok mem putih rozjaśniał jej twarz uśmiechem, ale płoszyło ją nadejście pani Almayer, a nawet sam dźwięk jej ostrego głosu.

Z tym syjamskim dziewczątkiem Nina rozmawiała często, lecz inni mieszkańcy Sembiru nie słyszeli prawie nigdy jej głosu. Przywykli do białej, cichej postaci snującej się wśród nich jak niepojęta istota z wyższego świata. A jednak życie Niny dalekie było od spokoju mimo zewnętrznej równowagi i pozornego oderwania od otaczających ją ludzi i rzeczy, gdyż pani Almayer roztaczała zanadto ożywioną działalność, aby jej domownicy mogli żyć szczęśliwie, a choćby tylko bezpiecznie. Powróciła do swoich stosunków z Lakambą, wprawdzie nie osobiście — ile że godność tego mocarza nie pozwalała mu oddalać się poza obręb częstokołu — lecz obcowała z władcą za pośrednictwem jego premiera, który był zarazem nadzorcą portu, finansowym doradcą i ogólnym totumfackim52. Ów dostojnik, pochodzący z plemienia Sulu, posiadał niewątpliwie zalety męża stanu, aczkolwiek pozbawiony był do cna wdzięków osobistych. Wyrażając się ściślej — budził wprost odrazę; jedno tylko miał oko i twarz dziobatą, a nos i usta szkaradnie zeszpecone przez ospę. Ta mało zachęcająca osobistość wałęsała się często po ogrodzie Almayera w nieurzędowym kostiumie złożonym ze szmaty różowego perkalu owiniętej wkoło bioder. Siedząc w kucki przy rozrzuconym ognisku, chytry pośrednik wiódł długie rozhowory53 z żoną Almayera; narady owe toczyły się w języku sulu, w bezpośredniej bliskości wielkiego żelaznego kotła, gdzie kobiety gotowały codzienną porcję ryżu pod nadzorem pani domu. W następstwie tych rozmów burzliwe sceny wybuchały u domowego ogniska Almayera, toteż nietrudno było domyślić się ich treści.

Od niejakiego czasu Almayer urządzał wycieczki w górę rzeki. Znikał nagle na kilka dni w małej łódce z dwoma wioślarzami i wiernym Alim u steru. Wszelkie jego kroki bacznie były śledzone przez Abdullę i Lakambę, gdyż człowieka, przed którym zwierzał się ongi sam Radża Laut, uważano za posiadacza cennych tajemnic. Mieszkańcy wybrzeży Borneo wierzą święcie, że w głębi wyspy znajdują się olbrzymie pokłady złota i kopalnie diamentów bajecznej wartości. Wymysłom tym sprzyja trudność przedostawania się w głąb wyspy; dotyczy to szczególniej północno-wschodniego wybrzeża, gdzie Malaje i nadbrzeżne plemiona Dajaków, zwanych Łowcami Głów, prowadzą wiekuistą wojnę. Prawda i to, że nieco złota przedostaje się na wybrzeże za pośrednictwem owych Dajaków, którzy odwiedzają osady malajskie podczas krótkich okresów zawieszenia broni, zdarzających się wśród bezładnych walk. Na tej wątłej podstawie piętrzą się najdziksze i najbardziej przesądne domysły.

Almayer, jako człowiek biały — tak jak i poprzednio Lingard — był w nieco lepszych stosunkach z plemionami żyjącymi w górze rzeki. Lecz nawet i jego wyprawy nie były pozbawione pewnego niebezpieczeństwa, a Lakamba wyglądał z niecierpliwością jego powrotu. Za każdym razem czekało jednak radżę rozczarowanie. Na próżno zausznik jego Babalaczi prowadził z żoną Almayera długie narady przy kotle z ryżem. Biały człowiek był nieprzenikniony — niedostępny dla namów, przymileń, zniewag, dla słodkich słów i krzykliwych obelg, dla rozpaczliwych błagań i morderczych pogróżek. Pani Almayer grała na strunach wszystkich namiętności, pragnąc za wszelką cenę skłonić męża do przymierza z Lakambą. Stawała w błagalnej postawie przed Almayerem i piskliwym głosem wyliczała korzyści ścisłego przymierza z człowiekiem tak dobrym i postępującym tak rzetelnie. Brudna suknia sięgająca pod pachy obciskała jej chudą pierś, a kosmyki rzadkich, siwych włosów spadały w nieładzie na kościste, wydatne policzki.

— Dlaczego nie pójdziesz do radży? — skrzeczała. — Dlaczego wracasz do tamtych Dajaków w wielkim lesie? Powinno się ich wymordować. Ty ich zabić nie możesz, o nie! Ale wojownicy naszego radży są mężni. Powiedz radży, gdzie jest skarb białego starca! Nasz radża jest dobry. On jest naszym prawdziwym dziadkiem. [Datuk besar!54] On zabije tych nędznych Dajaków, a ty dostaniesz połowę skarbu. O Kasprze, powiedz, gdzie jest skarb! Powiedz mi! Powiedz, co jest napisane w surat55 starego człowieka, które czytasz tak często w nocy!

Almayer siedział zgarbiony, uginając się pod naporem burzy domowej. Każdą przerwę w wymowie żony podkreślał gniewnym mruknięciem: „Nie ma żadnego skarbu! Odejdź, kobieto!”. Widok jego cierpliwie pochylonych pleców doprowadzał ją do wściekłości. Stawała przed nim twarzą w twarz, przed stołem, i wymyślała mu jednym ciągiem; trzymała suknię lewą ręką, a drugą o krogulczych palcach wyciągała ku niemu, podkreślając gestami dotkliwe przycinki. Najjadowitsze przekleństwa sypały się na głowę człowieka, który niegodzien jest przymierza z dzielnymi malajskimi wodzami. Kończyło się to zwykle powolnym dźwignięciem się Almayera. Odchodził w milczeniu, z twarzą ściągniętą bólem, trzymając swoją długą fajkę. Zszedłszy ze schodów, zanurzał się w wysokiej trawie rosnącej po drodze do samotni nowego domu; wstręt i lęk przed tą wcieloną furią przyprawiały go o fizyczne wprost osłabienie, tak że z wysiłkiem powłóczył nogami. Żona postępowała za nim aż do schodów, zasypując go wśród odwrotu gradem bezładnych obelg. Każda z tych scen kończyła się przeszywającym krzykiem, który biegł za nim daleko: „Ty wiesz, Kasprze, jestem twoją żoną! Twoją prawdziwą, chrześcijańską żoną według waszych własnych belanda56 praw!”. Wiedziała bowiem, że to stanowi największą gorycz, największy żal w życiu tego człowieka.

Nina była niewzruszonym świadkiem tych wszystkich zajść. Mogło się wydawać, że jest głucha, niema i nieczuła, bo nie zdradzała się nigdy ze swoim zdaniem. Gdy ojciec szukał schronienia w wielkich zakurzonych pokojach „Szaleństwa Almayera”, a matka, wyczerpana krasomówczym napadem, przysiadała ociężale na piętach, oparta plecami o nogę od stołu, Nina podchodziła do niej ciekawością. Uniósłszy suknię, aby nie splamić jej sokiem z betelu, którym podłoga była spryskana, wlepiała oczy w matkę niby w głąb wulkanu uciszonego po niszczącym wybuchu. Myśli pani Almayer zwracały się po tych burzliwych zajściach ku wspomnieniom z dzieciństwa; dawała im wyraz, mrucząc coś w rodzaju monotonnego rapsodu57, który mimo pewnej bezładności wyrażał na ogół chwałę sułtana Sulu, niezmierną jego wspaniałość, potęgę i wielkie męstwo tudzież strach, który porażał serca białych na widok jego zwinnych, pirackich korabi. Rozważania o potędze swego dziadka mieszała pani Almayer ze strzępami późniejszych wspomnień; główną rolę odgrywał w nich wielki bój z brygiem Białego Diabła i życie klasztorne w Semarangu. Poruszywszy wspomnienia z klasztoru, milkła nagle; wyciągała mosiężny krzyżyk, który wisiał zawsze na jej szyi, i wpatrywała się w niego z przesądną grozą. Ten kawałeczek metalu był dla niej cennym talizmanem o tajemniczej mocy; niejasny jakiś związek łączył go ze złymi dżinami58. Wierzyła przy tym święcie, że w razie zguby owego talizmanu grożą jej straszne tortury, wymyślone specjalnie na jej intencję przez zacną matkę przełożoną. Pojęcia te stanowiły jedyną wiedzę teologiczną pani Almayer na burzliwą drogę żywota. Matka Niny miała przynajmniej jakiś namacalny przedmiot, którego czepiały się jej przesądne wyobrażenia, lecz Nina, wychowana pod protestanckim skrzydłem wzorowej pani Vinck, nie posiadała nawet mosiężnego krzyżyka na wspomnienie dawnej nauki. Przysłuchiwała się opowieściom o dzikiej chwale, srogich bojach i barbarzyńskim ucztowaniu, o przygodach walecznych, choć krwawych, gdzie mężowie z rasy jej matki jaśnieli wysoko ponad orang Belanda, i stopniowo ogarniał ją nieprzeparty jakiś czar. Patrzyła w zdumieniu, jak skąpy płaszcz moralności cywilizowanego świata, narzucony na jej młodą duszę przez ludzi dobrej woli, osuwa się, pozostawiając ją drżącą i bezsilną na krawędzi głębokiej i nieznanej otchłani. Co najdziwniejsze, nie czuła się tym przerażona w okresach, gdy przeważał wpływ niesamowitej istoty o wyglądzie wiedźmy, którą nazywała matką. Pobyt wśród ludzi cywilizowanych wymazał prawie zupełnie z jej pamięci wspomnienia wczesnego dzieciństwa z okresu, nim Lingard niejako „uprowadził ją” z Berau59. Poznała w Singapurze zasady chrześcijańskiej religii, nauczyła się form towarzyskich; miała także sposobność przyjrzeć się dokładnie biegowi cywilizowanego życia. Ale nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności opiekunowie Niny nie zdawali sobie sprawy z jej natury, a wychowanie zakończyło się poniżającą sceną — wybuchem pogardy ze strony białych dla jej krwi mieszanej. [Nie oszczędzono jej ani jednej kropli goryczy. Pamiętała dokładnie, że gniew pani Vinck dotknął tylko przelotnie młodego człowieka z banku. skrupiając się na niewinnej istocie, która była przyczyną jego postępowania. Zdawała sobie jasno sprawę, jaki był istotny powód świętego oburzenia pani Vinck: oto rzecz cała wydarzyła się w tym niepokalanym gnieździe, dokąd powróciły właśnie z Europy panny Vinck, dwie śnieżnobiałe gołębice, chroniąc się pod skrzydła macierzyńskie w oczekiwaniu na mężów bez skazy, przez los im wyznaczonych. Od cnotliwego postanowienia nie powstrzymał pani Vinck nawet wzgląd na pieniądze, zbierane tak mozolnie przez Almayera, który wysyłał je punktualnie na koszty utrzymania Niny. Wyprawiono ją do domu, a właściwie mówiąc, sama zapragnęła jechać mimo lęku przed grożącą jej zmianą życia.] Odtąd przebyła całe trzy lata na wybrzeżu Pantai, między dziką matką i ojcem, który błądził wśród potrzasków zapatrzony w obłoki — słaby, chwiejny i nieszczęśliwy. Żyła w nędznych warunkach, pozbawiona wszelkich wygód. Oddychała atmosferą plugawych knowań w celach zysku, patrzyła na wstrętne intrygi i zbrodnie wywołane chciwością i żądzą, a wszystko to — z dodatkiem kłótni rodzinnych — stanowiło wyłączną treść trzech lat jej życia. Rozpacz i wstręt nie zabiły jej w pierwszych zaraz tygodniach, jak się spodziewała, ciesząc się prawie tą nadzieją Przeciwnie, po upływie sześciu miesięcy wydało się jej, że nie znała nigdy innego życia. Pozwolono jej nieopatrznie zapoznać się z cywilizacją, a potem strącono ją w beznadziejne trzęsawisko barbarzyństwa, gdzie kłębiły się gwałtowne, nieposkromione namiętności. Toteż młody jej umysł stracił wszelką zdolność sądu. Wydało się Ninie, że między ludźmi dzikimi a cywilizowanymi nie ma zasadniczych różnic. Czy zajmują się handlem w murowanych gmachach, czy też na błotnistym wybrzeżu rzeki; czy sięgają po wielki zysk, czy też po mały; czy oddają się zalotom w cieniu wielkich drzew, czy też w cieniu katedry na promenadzie w Singapurze; czy knują różne machinacje pod opieką prawa i zgodnie z zasadami chrześcijaństwa, czy też zaspokajają swe pragnienia z dziką chytrością i nieposkromionym okrucieństwem natur równie nietkniętych kulturą jak ich olbrzymie i mroczne lasy — Nina widziała wszędzie te same jeno60 przejawy miłości i nienawiści albo brudnej żądzy zysku. I tu, i tam jednaki pościg za niepewnym dolarem we wszelkich jego postaciach, różnorodnych i znikomych. Ale gdy minęło kilka lat, dzika i bezwzględna otwartość w dążeniu do celu, właściwa malajskim rodakom Niny, wydała się bliższą stanowczej jej naturze niż gładka obłuda, uprzejme zmyślenie i cnotliwe pozory, przybierane przez białych ludzi, z którymi miała nieszczęście się zetknąć. To było ostatecznie jej środowisko i miało nim pozostać. Pod wrażeniem tych myśli ulegała coraz bardziej wpływom matki. Usiłując w swej nieświadomości odkryć jakieś piękno w dzikości malajskiego życia, wsłuchiwała się chciwie w opowieści starej kobiety o wygasłej chwale radżów, jej przodków; stopniowo czuła coraz większą obojętność i wzgardę dla białej rasy, której przedstawicielem był człowiek tak słaby i pozbawiony tradycji jak jej ojciec.

Obecność dziewczęcia w Sembirze nie zmniejszyła wcale trudności położenia Almayera, choć przycichła sensacja wzniecona jej przybyciem, a Lakamba swych odwiedzin nie ponowił. Jakoś w rok po odjeździe holenderskiej komisji brataniec Abdulli, Said Reszyd, powrócił z pielgrzymki do Mekki, zaszczycony zielonym kaftanem oraz świetnym tytułem hadżiego61. Z pokładu parowca, który go przywiózł, wykwitły snopy rakiet, w osiedlu Abdulli całą noc rozlegało się bicie w bębny, a uczta powitalna przeciągnęła się aż do wczesnych godzin ranka. Reszyd był ulubionym synowcem i spadkobiercą Abdulli. Kochający ten stryj, spotkawszy raz Almayera na wybrzeżu, przystanął grzecznie dla wymiany uprzejmości i oświadczył uroczyście, że pragnie z nim porozmawiać. Almayer przeczuł coś niedobrego i lękał się zasadzki — ale naturalnie przyjął zapowiedź odwiedzin z oznakami wielkiego rozradowania. Jakoż następnego wieczoru, zaraz po zachodzie słońca, zjawił się Abdulla w towarzystwie kilku siwobrodych Arabów i swego synowca. Młodzieniec ten, o wyglądzie skończonego łajdaka i rozpustnika, udawał najwyższą obojętność na wszystko, co się dzieje. Ludzie z pochodniami ustawili się u podnóża schodów; goście zasiedli na kulawych krzesłach, a Reszyd stanął osobno w cieniu, oglądając pilnie swoje rasowe, małe ręce. Almayer, zdumiony uroczystą postawą swoich gości, przysiadł na rogu stołu z charakterystycznym brakiem godności; Arabowie w lot zauważyli to i w spojrzeniach ich odmalowała się surowa nagana. Ale oto przemówił Abdulla, spoglądając mimo62 Almayera na czerwoną firankę, której lekkie drżenie zdradzało obecność kobiet po drugiej stronie. Przede wszystkim złożył Almayerowi grzeczne życzenia z okazji długich lat, które przeżyli, mieszkając obok siebie w sąsiedzkiej życzliwości, i wyraził pragnienie, aby Allah użyczył mnogich lat życia miłemu sąsiadowi, radując jego obecnością oczy przyjaciół. Dalej napomknął grzecznie o uznaniu okazanym Almayerowi przez holenderską commissie i wywiódł stąd pochlebny wniosek o wielkim jego znaczeniu wśród własnego narodu. On sam — Abdulla — cieszy się niemałym uznaniem wśród wszystkich Arabów, a synowiec jego Reszyd będzie dziedzicem jego stanowiska i wielkich bogactw. Reszyd otrzymał teraz godność hadżiego. Jest właścicielem kilku kobiet malajskich, ciągnął dalej Abdulla, ale czas już, by wybrał sobie ulubioną żonę, pierwszą z czterech dozwolonych przez Proroka. I przemawiając dalej z wyszukaną grzecznością, wyłożył oniemiałemu Almayerowi, że w razie jego zgody na związek córki z prawowiernym i zacnym mężem, jakim jest Reszyd, będzie ona panią wszystkich wspaniałości w jego domu i pierwszą żoną najpotężniejszego na wyspach Araba, z chwilą gdy on — Abdulla — zostanie powołany przez Allaha do rajskiej szczęśliwości.

— Ty wiesz, tuanie — rzekł w końcu — tamte kobiety będą jej niewolnicami, a dom Reszyda jest wielki. Wisi tam wielkie zwierciadło w ramie świecącej jak złoto. Reszyd przywiózł z Bombaju63 wielkie sofy i kosztowne dywany, i meble europejskie. Czegóż więcej może pragnąć dziewczyna?