Osłupiały Almayer patrzył z przerażeniem na Araba, ten zaś odprawił świtę skinieniem ręki i przeszedł do bardziej poufnego tonu. Zakończył wreszcie wykazem materialnych korzyści takiego związku i propozycją wypłacenia Almayerowi trzech tysięcy dolarów, mających stanowić dowód jego szczerej przyjaźni, a zarazem cenę dziewczyny.

Biedny Almayer bliski był ataku szału. Gorejąc pragnieniem porwania Abdulli za gardło, musiał jednak pomyśleć o swym położeniu bez wyjścia wśród ludzi żyjących bezprawiem i zrozumiał konieczność załagodzenia spraw w sposób dyplomatyczny. Zapanowawszy nad sobą, przemówił grzecznie i chłodno; zaznaczył, że dziewczyna jest jeszcze bardzo młoda i że miłuje ją jak źrenicę oka. Tuanj Reszyd, będąc prawowiernym i hadżim, nie chciałby mieć zapewne niewiernej żony w haremie. Sceptyczny uśmiech Abdulli wywołany tą uwagą zamknął usta Almayerowi. Za mało dowierzał sobie, aby ciągnąć dalej; nie śmiał wręcz odmówić ani też uciec się do jakiegoś wybiegu. Abdulla zrozumiał, co znaczy to milczenie, i powstał z miejsca, żegnając Almayera salaamem pełnym powagi. Wyraził życzenie „tysiąca lat życia” swemu przyjacielowi Almayerowi, po czym zszedł wolno ze schodów, podtrzymywany z należytą troskliwością przez Reszyda. Niewolnicy wstrząsnęli pochodniami, deszcz iskier opadł w rzekę i orszak jął się z wolna oddalać. Wzburzony Almayer odetchnął z wielką ulgą i osunął się na krzesło. Śledził. migotanie światełek, aż zgasły między drzewami, a odgłos stąpań i szmer głosów ustąpiły zupełnej ciszy. Almayer nie ruszył się, aż wreszcie zaszeleściła zasłona i Nina weszła na werandę. Rzuciła się w bujający fotel, gdzie spędzała dzień w dzień długie godziny. Oparta o poręcz, kołysała się z lekka, przymknąwszy oczy; promienie włosów kryły jej twarz przed światłem zakopconej lampy. Almayer spojrzał na nią ukradkiem, lecz rysy jej były nieporuszone jak zwykle. Zwróciła głowę w stronę ojca i zapytała po angielsku ku wielkiemu jego zdumieniu:

— Czy to Abdulla był tutaj?

— Tak — odrzekł Almayer — w tej chwili poszedł.

— I czego on chciał, ojcze?

— Chciał kupić ciebie dla Reszyda — odparł brutalnie Almayer w nagłym przypływie gniewu i spojrzał badawczo na dziewczynę, jakby się spodziewał jakiegoś przejawu jej uczuć. Lecz Nina trwała w pozornym spokoju, patrząc wciąż sennie w czarną noc na dworze.

Nastąpiło krótkie milczenie.

— Bądź ostrożna, Nino, gdy jeździsz sama łódką po zatokach — dodał Almayer, wstając z krzesła. — To popędliwy łotr, ten Reszyd, i Bóg wie, co mogłoby mu strzelić do głowy. Czy mnie słyszysz?

Nina stała już przy wejściu, ująwszy firankę zawieszoną w drzwiach. Zwróciła się ku ojcu, odrzucając w tył nagłym ruchem ciężkie swoje warkocze.

— Myślisz, że by się odważył? — spytała szybko i odwróciwszy się znów ku drzwiom, dodała ciszej: — Nie, nie odważyłby się. Wszyscy Arabowie to tchórze.