— Czy widziałaś ich? — odezwał się zdyszany szept Niny.
Pani Almayer zwróciła twarz ku dziewczęciu; zapadłe jej oczy mieniły się dziwnym blaskiem w czerwonym półcieniu firanki.
— Widziałam go — odrzekła prawie niedosłyszalnie, ściskając w kościstych palcach rękę córki. — Wielki radża przybył do Sembiru. Syn Niebios! — mruczała do siebie stara kobieta. — Odejdź, dziewczyno!
Stały obie tuż przy zasłonie. Nina usiłowała znaleźć się jak najbliżej szpary, lecz pani Almayer broniła swej pozycji z gniewnym uporem. Po drugiej stronie zasłony nastała przerwa w rozmowie. Słychać było [oddechy kilku ludzi,] pobrzęk jakichś ozdób i dźwięk metalowych pochew lub miedzianych naczyń do sirih66, podawanych z rąk do rąk. Pani Almayer i Nina mocowały się w milczeniu. Nagle ktoś poruszył się na werandzie i na zasłonę padł cień od barczystej postaci Almayera. Kobiety przerwały walkę i zastygły w ciszy.
Almayer powstał z krzesła; chciał odpowiedzieć gościowi i obrócił się tyłem do korytarza, nie wiedząc, co się dzieje po drugiej stronie firanki. W głosie jego przebijał żal i pewne zniecierpliwienie.
— Zwróciłeś się nie tam, gdzie trzeba, tuanie Marula, jeżeli chcesz prowadzić handel. Byłem niegdyś kupcem, ale teraz już nie jestem. Nie wierz, choćby ci w Sembirze mówili co innego. Żadnego towaru nie znajdziesz w moim domu; nie mam nic na sprzedaż i sam niczego nie potrzebuję. Udaj się do radży, o tam, gdzie ogniska palą się na brzegu; za dnia widać jego domy po drugiej stronie rzeki. On ci da pomoc i będzie handlował z tobą. Albo jeszcze lepiej, zwróć się do Arabów — ciągnął gorzko Almayer, wyciągając rękę ku Sembirowi. — Abdulla to jest człowiek, jakiego ci potrzeba. Nie ma rzeczy, której by nie kupił, i nie ma rzeczy, której by nie sprzedał. Wierzaj mi, ja go znam dobrze.
Chwilę czekał na odpowiedź, po czym dodał:
— Wszystko to jest prawdą i nic więcej nie mam do powiedzenia.
Nina, odepchnięta przez matkę, usłyszała w odpowiedzi miękki, spokojny głos o równym brzmieniu, właściwym wysoko urodzonym Malajom:
— Któż by wątpił o słowach białego tuana? Ale mężczyzna szuka przyjaciół tam, gdzie serce mu każe. Czyż to nie jest także prawda? Przyszedłem o późnej godzinie, bo mam do powiedzenia coś, czego rad wysłuchasz, tuanie. Jutro udam się do sułtana; każdy handlarz pragnie przyjaźni wielkich mężów. Wrócę tutaj, aby rzec poważne słowa, jeśli taką jest twoja wola. Nie pójdę do Arabów. Ich łgarstwa są bardzo wielkie. I czymże oni są? Czelakka!