Głos Almayera zabrzmiał teraz nieco uprzejmiej:
— Jak sobie życzysz, tuanie. Mogę wysłuchać cię jutro o każdej porze, jeśli masz mi coś do powiedzenia. Ale po rozmowie z Lakambą nie zechcesz tu wracać, inczi67 Dainie. Zobaczysz. Tylko pamiętaj: ja z Lakambą nie chcę mieć do czynienia. Możesz mu to powiedzieć. Właściwie — co masz do mnie za interes?
— Teraz już znam cię, tuanie! Porozumiemy się jutro. Mówię trochę po angielsku, więc będziemy mogli swobodnie rozmawiać, nikt nas nie zrozumie. A przy tym...
Urwał nagle, pytając ze zdziwieniem:
— Co to za hałas, tuanie?
Almayer także słyszał wzrastający hałas i szarpaninę z tamtej strony firanki. Ciekawość Niny brała widać górę nad przesadnymi pojęciami pani Almayer o kwestiach tyczących się przyzwoitości. Słychać było wyraźnie ciężkie oddechy, a firanka wstrząsała się chwilami. Walka była głównie fizyczna, choć pani Almayer nie szczędziła także gniewnych napomnień, odznaczających się jak zwykle brakiem wszelkiego logicznego związku oraz nieprzebraną obfitością przekleństw.
— Ty bezwstydna kobieto! Czy jesteś niewolnicą? — wrzeszczała rozgniewana matrona68. — Zasłoń twarz, nędzny podrzutku! Ty biała żmijo, nie puszczę ciebie!
Na twarzy Almayera odbiło się zakłopotanie i zarazem wątpliwość, czy byłoby wskazanym pośredniczyć między matką a córką. Spojrzał na swego malajskiego gościa, który z ubawioną miną oczekiwał w milczeniu na koniec zajścia.
— To nic, to tylko kobiety — odezwał się Almayer i machnął pogardliwie ręką.
W odpowiedzi na to wyjaśnienie Malaj skłonił poważnie głowę, a twarz jego przybrała wyraz pogodnej obojętności, zgodnie z wymaganiami etykiety. Walka za firanką ucichła i widocznie młodsza wola postawiła na swoim, gdyż rozległ się klekot sandałów pani Almayer i cichnąc, zamarł w oddali.