Pan domu uspokoił się; chciał podjąć przerwaną rozmowę, lecz uderzyła go nagła zmiana w wyrazie twarzy gościa. Odwrócił się i ujrzał Ninę stojącą we drzwiach.
Po odwrocie pani Almayer z pola bitwy Nina uniosła zdobytą firankę z wykrzykiem: „To tylko kupiec!” i stanęła w progu w pełnym świetle na ciemnym tle korytarza. Zwichrzone jej włosy świadczyły o niedawnej walce, usta były rozchylone, a gniewny blask nie wygasł jeszcze we wspaniałych, świetlistych oczach. Ogarnęła spojrzeniem grupę biało odzianych wojowników, stojących nieruchomo z włóczniami w ciemnym, oddalonym kącie werandy, i wzrok jej utkwił z ciekawością w przywódcy okazałego orszaku. Dain Marula stał naprzeciwko niej, nieco z boku. Uderzony pięknością niespodzianego zjawiska, zgiął się w niskim pokłonie, z dłońmi złożonymi nad głową, na znak hołdu świadczonego zwyczajem malajskim tylko wielkim tej ziemi. Jaskrawe światło lampy mieniło się w złotych haftach zdobiących czarny, jedwabny kaftan Malaja; snop iskier tryskał z drogocennej rękojeści krisa69 zatkniętego za szeroki pas, który ujmował w biodrach gęste fałdy czerwonego sarongu. Wspaniałe kamienie, zdobiące ciemne palce rąk Daina, jarzyły się tęczowo. Wyprostował się szybko po niskim pokłonie i wsparł rękę ruchem pełnym wdzięku i swobody na rękojeści ciężkiego miecza o krótkiej pochwie, zdobnej jaskrawo barwionymi frędzlami z końskiego włosienia.
Nina, stojąc we drzwiach, patrzyła na gibką postać Malaja; był średniego wzrostu, lecz szerokie jego barki zdradzały wielką siłę. Spod zwojów niebieskiego turbana o strzępiastych końcach, spuszczonych malowniczo na lewe ramię, wyglądała twarz kipiąca zuchwałą radością życia, a jednak niepozbawiona wyrazu pewnej godności. Kwadratowe szczęki, czerwone, wydatne wargi, ruchome nozdrza i wyniosły ruch głowy zdradzały istotę na wpół dziką, nieokiełznaną, a może i okrutną, zacierały wrażenie aksamitnej, prawie kobiecej łagodności spojrzenia tak znamiennego dla malajskiej rasy. Ochłonąwszy nieco ze zdumienia, Nina ujrzała oczy Malaja wbite w nią z tak nieposkromionym wyrazem zachwytu i pożądania, że ogarnął ją nieznany dotąd poryw wstydu; rozkoszny niepokój przeniknął na wskroś całą jej istotę. Strwożona niezwykłością tych wrażeń, zatrzymała się w progu i instynktownie zakryła twarz firanką, lecz oko, część policzka i zbłąkany promień włosów pozostały niezasłonięte. Przykuwał ją nieodparcie widok tego wspaniałego, nieulękłego męża; jakże niepodobny był do kupców widywanych dotychczas na tej samej werandzie!
Dain Marula, olśniony nieoczekiwanym zjawiskiem, zapomniał o zmieszanym Almayerze, o brygu, o świcie zagapionej w niemym podziwie, o celu swych odwiedzin; zapomniał o całym świecie, ogarnięty przemożnym pragnieniem, aby rozkoszować się jak najdłużej cudnym zjawiskiem, spotkanym tak niespodzianie w miejscu tak — według niego — nieodpowiednim.
— To moja córka — rzekł zakłopotany Almayer. — Nic nie szkodzi. Białe kobiety mają inne zwyczaje, pewno wiesz o tym, tuanie, ponieważ wiele podróżowałeś. No, ale już późno. Jutro skończymy naszą rozmowę.
Dain zgiął się w niskim pokłonie. Ostatni raz jeszcze rzucił wzrokiem na Ninę, usiłując śmiało wyrazić w tym spojrzeniu nieprzeparty swój zachwyt. W następnej chwili podał Almayerowi rękę z uprzejmością i powagą, a na jego twarzy malowała się kamienna obojętność, jak gdyby nic go nie obchodziła obecność jakiejkolwiek kobiety. Ludzie Daina oddalili się długim sznurem; ruszył wnet za nimi, a śladem jego postępował krępy Sumatrańczyk o dzikim wyglądzie, przedstawiony uprzednio jako dowódca brygu.
Nina podeszła do balustrady. Światło księżyca przewijało się po stalowych ostrzach włóczni wojowników zmierzających gęsiego do przystani; mosiężne obręcze na ich nogach pobrzękiwały rytmicznie. Po chwili łódź odbiła od brzegu i ukazała się w pełnym świetle miesiąca, majacząc niby ciemna, bezkształtna masa w lekkiej mgle wiszącej nad rzeką. Wydało się Ninie, że widzi u rufy wdzięczną postać męską na tle rozpostartego żagla, lecz po chwili wszystkie kontury zamazały się i rozpłynęły w zwojach białych oparów otulających środek rzeki.
Almayer zbliżył się do córki. Wsparł się obu rękami o poręcz i spoglądał markotnie na stos śmieci [i potłuczonych butelek u stóp werandy].
— Co znaczył ten hałas przed chwilą? — sarknął70 gniewnie, nie podnosząc oczu. — Niech was doprawdy! Czego chciała twoja matka? A ty dlaczego się pokazałaś?
— Matka nie chciała mnie puścić — odpowiedziała Nina. — Gniewa się na mnie i mówi, że ten człowiek, który dopiero co odszedł, to wielki radża. Myślę teraz, że ona ma rację.