— Zdaje mi się, że wy, kobiety, macie wszystkie bzika — warknął Almayer. — Cóż to cię może obchodzić? Albo ją, albo kogokolwiek? Ten człowiek chce zbierać po wyspach strzykwy71 i ptasie gniazda — oto, co mi powiedział ten wasz radża! Przyjdzie tu jutro. Życzę sobie, abyście się trzymały z daleka od domu i pozwoliły mi zająć się spokojnie interesami.

Na drugi dzień Dain Marula zjawił się znowu i miał długą rozmowę z Almayerem. Nawiązali przyjazny i zażyły stosunek, który zwracał ogólną uwagę, póki ludność Sembiru nie przywykła do widoku gęstych ognisk zapalonych w kampungu białego, gdzie ludzie Maruli grzali się nocną porą w czas północno-wschodniego musonu. Pan ich wiódł tymczasem długie narady z tuanem putih72, jak nazywano Almayera. Nowy kupiec wzbudził w Sembirze ogólne zaciekawienie. Czy widział się z sułtanem? Co mu sułtan powiedział? Czy ofiarował sułtanowi jakie dary? Co będzie sprzedawał, a co będzie kupował? Mieszkańcy bambusowych chat znad rzeki zajmowali się gorliwie tymi zagadnieniami. Nawet w bardziej okazałych siedzibach: w domu Abdulli, w posiadłościach najbogatszych kupców: Arabów, Chińczyków i Bułgisów — podniecenie umysłów było wielkie i długotrwałe. Proste słowa, w jakich młody kupiec opowiadał chętnie swoje dzieje, nie znajdowały posłuchu u podejrzliwych. mieszkańców Sembiru. A jednak miały wszelkie pozory prawdy. Mówił, że jest kupcem i że ma na sprzedaż ładunek ryżu. Nie będzie kupował gutaperki ani wosku. Swej licznej załogi użyje do zbierania strzykw na koralowych rafach poniżej ujścia rzeki; zamierza także poszukiwać ptasich gniazd na lądzie. Te dwa rodzaje towaru gotów jest nabyć, o ile by były na sprzedaż. Dalej mówił, że pochodzi z Bali i jest braminem73. Ten ostatni fakt można było stwierdzić, bo młody kupiec nie przyjmował żadnego pożywienia podczas swych częstych odwiedzin w domach Lakamby i Almayera. Do Lakamby udawał się zwykle nocą na długotrwałe posłuchania. Babalaczi, który uczestniczył zawsze w tych spotkaniach mocarza z kupcem, umiał pozbyć się natrętów usiłujących dowiedzieć się treści tak długich i częstych rozmów. Gdy poważny Abdulla zadawał mu od niechcenia wielce dworne zapytania, Babalaczi przybierał pozory zupełnego prostaczka, a umiał przy tym nadać swemu jedynemu oku wyraz całkowitej bezmyślności.

— Jestem tylko niewolnikiem swojego pana — szeptał wahająco, po czym, niby decydując się nagle na jakieś niebaczne zwierzenie — zawiadamiał o kupnie ryżu dokonanym przez Lakambę i powtarzał kilkakrotnie uroczystym i tajemniczym tonem: — Sto wielkich worków kupił sułtan! Sto worków, tuanie!

Abdulla, przeświadczony, że chodzi tu o wiele ważniejsze sprawy, przyjmował jednak informację z wszelkimi oznakami zdziwienia oraz szacunku i rozchodzili się każdy w swoją stronę. Arab przeklinał w duchu nędznego psa, a Babalaczi wędrował dalej drożyną pełną kurzu i kiwał się, wytknąwszy naprzód brodę porosłą rzadkimi siwymi włosami — podobny do ciekawego kozła, który puścił się na jakąś zakazaną wyprawę. Dwoje bacznych oczu śledziło jego poruszenia. Dżim Eng, dostrzegłszy w oddali Babalacziego, otrząsał się z odrętwienia zwykłego u nałogowych palaczy opium; chwiejnym krokiem wychodził aż na środek ścieżki i oczekiwał nadejścia znakomitego męża, aby go do siebie zaprosić. Lecz dyskrecja Babalacziego umiała odeprzeć nawet atak przyjacielskiej serdeczności popartej tęgim74 ginem, dolewanym hojnie ręką gościnnego Chińczyka. Dżim Eng musiał w końcu uznać się za pokonanego; pozostawał sam na sam z pustą butelką, równie mądry jak i przedtem, i spoglądał smętnie za oddalającą się postacią sembirskiego statysty75, którego zawiła i kręta droga wiodła jak zwykle do kampungu Almayera.

Od chwili gdy za pośrednictwem Daina nastąpiło pojednanie między jego białym przyjacielem a Lakambą, jednooki dyplomata stał się znów częstym gościem w domu Holendra. Można go było spotkać tam o każdej porze ku wielkiej odrazie Almayera; wałęsał się z roztargnioną miną po werandzie, siedział przycupnięty gdzieś w korytarzu lub też wyglądał znienacka zza węgła, a zawsze był gotów wdać się w poufną pogawędkę z panią Almayer. Stosunek jego do pana domu cechowała wielka płochliwość; snadź podejrzewał, że uczucia, rozpierające na jego widok serce białego, mogłyby znaleźć niepożądane ujście w nagłym kopnięciu. Ulubionym jego schroniskiem była kuchenna szopa, gdzie stał się codziennym gościem. Przysiadał na piętach obok krzątających się kobiet i trwał tak godziny całe z głową wspartą o kolana, oplecione chudymi ramionami; samotne jego oko błądziło niespokojnie i na wszystkie strony, uzupełniając ten żywy wizerunek czujnej brzydoty. Almayer chciał nieraz poskarżyć się Lakambie na natręctwo jego premiera, lecz Dain odradził mu to.

— Nie możemy zamienić dwóch słów, aby ten nie słyszał! — narzekał Almayer.

— A więc przyjdź, tuanie, na pokład brygu, tam porozmawiamy swobodnie — odparł Dain ze spokojnym uśmiechem. — To nic nie szkodzi, że się ten człowiek tu wałęsa; Lakamba myśli, że wie o wszystkim. A może sułtan podejrzewa mnie o chęć ucieczki? Pozwól, tuanie, niech jednooki krokodyl wygrzewa się w twoim kampungu.

Almayer przyzwolił, ale niechętnie. Mrucząc niewyraźne groźby, spoglądał z ukosa na wiekowego statystę, który przesiadywał ze spokojnym uporem przy rodzinnym kotle z ryżem.

Rozdział piąty

Rozgorączkowani mieszkańcy Sembiru ochłonęli stopniowo. Przyzwyczajono się z czasem do widoku ludzi krążących między domem Almayera a statkiem, który stał na kotwicy u przeciwległego brzegu. Niezwykły pośpiech, z jakim czeladź Almayera zabrała się do naprawienia starych czółen, nie wadził już kobietom sembirskim w należytym wykonywaniu czynności gospodarczych. Nawet zawiedziony Dżim Eng przestał dręczyć swój mętny umysł handlowymi zagadkami; za pośrednictwem fajki z opium pogrążał się w stan błogiej niepamięci i zostawiał w spokoju Babalacziego, który mijał jego chatę, niezapraszany więcej i nie zwracając pozornie niczyjej uwagi.