Owego skwarnego popołudnia sembirski statysta, nie zatrzymany przez żaden przyjacielski wywiad, wyciągnął swoje czółenko spod krzaków, gdzie chował je zwykle podczas odwiedzin w domu Almayera. Opustoszała rzeka skrzyła się w prostopadłych promieniach słońca. Babalaczi wiosłował powoli i od niechcenia, skurczony na dnie łódki pod swym olbrzymim kapeluszem, kryjąc się przed palącym żarem odbitym od wodnej tafli. Nie spieszyło mu się wcale. Pan jego, Lakamba, spoczywa jeszcze z pewnością o tej godzinie. Babalaczi zdąży przybyć przed jego obudzeniem i powita go ważnymi nowinami. Czy władca okaże niezadowolenie? Czy stuknie z gniewem hebanową laską o podłogę i przerazi swego sługę gwałtownymi słowami bez związku? Czy też przysiądzie na piętach z dobrotliwym uśmiechem, pocierając rękami o brzuch ruchem sobie właściwym, i splunie obficie w miedziane naczynie, przy czym mruknie coś pochlebnie, a przytwierdzająco? Takie myśli zaprzątały Babalacziego, gdy manewrował zręcznie wiosłem, płynąc w kierunku kampungu, którego częstokół wyglądał zza gęstego listowia na wprost domku Almayera.
Babalaczi miał istotnie zdać sprawę z ważnych rzeczy. Nareszcie coś pewnego na potwierdzenie wszystkich podejrzeń. Od niejakiego czasu zwróciła jego uwagę skryta poufałość przebijająca w stosunku Daina do córki Almayera. Dostrzegł tajne spojrzenia, podsłuchał, jak zamieniali krótkie, palące słowa. Lakamba słuchał tych doniesień ze spokojem i widocznym niedowierzaniem. Ale teraz Babalaczi przekona go: zdobył nareszcie niezbity dowód. Tegoż ranka, gdy o świcie łowił ryby w zatoce niedaleko chaty Bulangiego, minęło go długie czółno Niny; siedziała w rufie, pochylona nad Dainem, wyciągniętym na dnie łodzi, z głową opartą o jej kolana. Widział ich dokładnie. Puścił się w ślad za nimi, ale zaczęli wkrótce wiosłować i znikli mu z oczu. Chwilę później zobaczył w drobnej łódeczce syjamską niewolnicę Bulangiego płynącą w kierunku osady ze swymi plackami na sprzedaż. Ona także musiała ich dostrzec o szarym świcie. Babalaczi uśmiechnął się do siebie złośliwie na wspomnienie zmienionej twarzy dziewczęcia, badawczego jej spojrzenia i głosu, który drżał, gdy odpowiadała na zapytania. Dain Marula nie był snadź obojętny tej małej Taminie. To doskonałe! Babalaczi parsknął głośnym śmiechem, lecz nagle spoważniał i dziwnym zbiegiem myśli jął zgadywać, za jaką cenę Bulangi byłby skłonny do odstąpienia dziewczyny. Pokiwał smutnie głową, wspominając, że Bulangi jest człowiekiem twardym; przed kilku tygodniami mało mu było stu dolarów za Taminę! Tu spostrzegł się, że podczas jego rozmyślań prąd uniósł łódkę za daleko. Otrząsnął się z przygnębienia wywołanego przeświadczeniem o chciwości Bulangiego i kilku uderzeniami wiosła skierował czółenko do przystani w siedzibie radży.
Tegoż popołudnia Almayer chodził wzdłuż brzegu, jak to było ostatnio jego zwyczajem, czuwając nad ludźmi zajętymi przy naprawie łodzi. Powziął nareszcie ostateczną decyzję. Kierując się wskazówkami z notatnika Lingarda, postanowił wyruszyć na poszukiwanie owych bogatych pokładów złota. Gdy je odnajdzie, dość mu będzie sięgnąć ręką, aby stać się panem nieprzebranych bogactw i przeżyć na jawie sen młodych lat. Zapatrzony w olśniewające rezultaty swoich planów, przypuścił do tajemnicy Daina Marulę, aby uzyskać potrzebną pomoc, i pogodził się z Lakambą. Poświęcił swoją dumę, honor i posłuszeństwo wobec prawa, wchodząc w spółkę ze wstrętnym sobie człowiekiem. Wiedział jednak, że wobec olbrzymiego ryzyka przedsięwzięcia koniecznym jest współudział Lakamby, który zobowiązał się pomóc mu, zastrzegając sobie udział w zyskach. Wielkie niebezpieczeństwa groziły wyprawie, lecz Marula był odważny; ludzie jego zdawali się dorównywać męstwem swojemu wodzowi, a wobec poparcia Lakamby powodzenie było zapewnione.
W ciągu ostatnich dwóch tygodni pochłonęły Almayera przygotowania do wyprawy; chodził wśród swych robotników i niewolników, pogrążony jak gdyby we śnie, choć przytomny; praktyczne szczegóły tyczące się wyekwipowania łodzi mieszały mu się z wyrazistymi obrazami niesłychanych bogactw, które przysłaniały mu nędzę codziennego życia; palące słońce, błotniste i cuchnące brzegi rzeki znikły wobec przepysznych wizji wspaniałej egzystencji oczekującej na niego i na Ninę. Nie widywał prawie Niny przez te ostatnie dni, choć ukochana córka zawsze była obecna w jego myślach. Nie zwracał prawie uwagi na Daina, którego ciągła obecność w domu wydawała mu się zupełnie naturalną teraz, gdy łączyły ich wspólne sprawy. Spotkawszy młodego wodza, witał go z roztargnieniem i mijał, unikając na pozór jego towarzystwa. Usiłował zapomnieć o nienawistnej rzeczywistości, pogrążając się w pracy albo dając się unieść wyobraźni wysoko ponad szczyty drzew, gdzie wespół z wielkimi białymi chmurami dążył na zachód w stronę raju Europy, który czekał na przyszłego milionera ze Wschodu. A i Marula nie ubiegał się już teraz o towarzystwo białego człowieka; interes był ubity i nie pozostawało nic więcej do omówienia. Jednak Dain tkwił stale gdzieś w pobliżu domu, choć rzadko zatrzymywał się dłużej na wybrzeżu podczas codziennych wizyt w domu białego. Spokojnym krokiem przechodził przez środkowy korytarz domku i szedł do ogrodu, gdzie w kuchennej szopie nad rozpalonym ogniskiem kołysał się kocioł z ryżem pod czujnym okiem pani Almayer. Omijając z dala to miejsce, skąd dochodziły kłęby czarnego dymu i świergot miękkich głosów kobiecych, skręcał na lewo. Na skraju plantacji bananów rosła kępa palm i mangowców76, tworząc cienisty gaik oddzielony kilku krzewami. Przenikały tu tylko wybuchy śmiechu i daleki szczebiot dziewcząt służebnych. Dostawszy się tam, Dain stawał się niewidocznym; opierał się o gładki pień wyniosłej palmy i czekał w ukryciu, z błyszczącymi oczyma i spokojnym uśmiechem, nasłuchując szelestu zeschłej trawy pod lekkimi stopami.
Od pierwszej chwili, gdy oczy jego spoczęły na Ninie, uczuł w głębi serca pewność, że ta według niego doskonale piękna kobieta będzie do niego należeć. Nieuchwytny prąd wzajemnego porozumienia przebiegł między nimi, jednocząc dzikie ich natury. Dain nie potrzebował zachęcających uśmiechów pani Almayer, aby chwytać każdą sposobność zbliżenia się do dziewczyny. A ona odwracała wstydliwie twarz, gdy mówił do niej i zaglądał jej w oczy, lecz czuła każdej chwili, że nieulękły ten mąż — który szepce palące słowa, tak chętnie przez nią słuchane — jest jej przeznaczeniem, że wymarzyła go sobie w snach — i oto stoi przed nią, dziki i zuchwały, gotów zadać wrogowi cios błyszczącym krisem lub ogarnąć namiętnym uściskiem ukochaną kobietę — żywy wzór malajskiego wodza według tradycji jej matki.
Z dreszczem rozkosznej trwogi uświadomiła sobie tajemniczą swoją jedność z tym człowiekiem. Słuchając jego słów, doznała wrażenia, że wskrzesił ją do nowego bytu; przy nim dopiero odczuła pełnię życia. W milczeniu i z twarzą na wpół zasłoniętą, jak przystało malajskiej dziewczynie, poddawała się fali sennego szczęścia, a Dain rzucał do jej stóp skarby namiętnej miłości w nieokiełznanym porywie dzikiej natury nieznoszącej przymusu ni opanowania.
Wiele takich rozkosznych godzin, zdających się być jedną chwilką, przeżyli w mangowym gaju za osłoną krzewów. Hasło do rozłąki dawał ostry głos pani Almayer, która podjęła się łatwego zadania: czuwała, aby jej mąż nie zmącił gładkiego biegu miłosnych spraw córki, cieszących się jej łaskawym i gorliwym poparciem. Patrzyła z dumą i szczęściem na namiętną miłość Daina; był to w jej przekonaniu wielki, potężny wódz, którego wspaniałomyślna szczodrość zaspokajała hojnie jej chciwe instynkty.
W przeddzień owego ranka, kiedy Babalaczi przekonał się naocznie o słuszności swych podejrzeń, Dain i Nina pozostali dłużej niż zwykle w cienistym schronieniu. Posłyszeli ostrzegawczy krzyk pani Almayer, gdy na werandzie rozległy się już ciężkie kroki jej męża i opryskliwy głos domagający się wieczerzy. Marula przesadził lekko niski płot bambusowy i przedzierał się chyłkiem przez plantację bananów ku błotnistemu wybrzeżu zatoki, Nina zaś szła wolno ku domowi, aby przygotować wieczerzę dla ojca, jak to co dnia czyniła. Almayer był szczęśliwy tego wieczoru. Przygotowania do wyprawy skończą się wkrótce; jutro spuści łodzie na wodę. Uczuł się posiadaczem nieprzebranych skarbów i z łyżką w ręku zapomniał o talerzu z ryżem, rozmyślając nad urządzeniem olbrzymiej uczty, którą wyda za przybyciem77 do Amsterdamu. Od czasu do czasu wyrywały mu się jakieś bezładne słowa. Nina leżała w bujającym fotelu, słuchając z roztargnieniem. Przygotowania do wyprawy! Złoto! Cóż ją to wszystko może obchodzić? Ale gdy ojciec jej wymówił imię Daina, zamieniła się cała w słuch. Dain ma popłynąć jutro brygiem w dół rzeki, mówił Almayer; nieobecność jego potrwa kilka dni. Znowu zwłoka! To doprawdy nieznośne. Wyruszą natychmiast po jego powrocie; nie ma czasu do stracenia, bo rzeka zaczyna przybierać. Nie zdziwiłby go nawet wielki wylew. Tu Almayer odepchnął niecierpliwie talerz i wstał od stołu. Ale Nina przestała go teraz słyszeć. Dain odjeżdża! Zrozumiała, czemu zażądał, by o świcie spotkała się z nim w zatoce Bulangiego. Wspomniała spokojny, władczy jego głos. Jakąż rozkoszą jest spełnianie jego rozkazów! Zatroszczyła się nagle, czy jej łódeczka gotowa i czy znajdzie w niej wiosło. Trzeba będzie wypłynąć o czwartej z rana — już za kilka godzin...
Wstała z fotelu; musi wypocząć — o świcie czeka ją długa przejażdżka. Lampa paliła się ciemno, a ojciec, znużony całodziennym trudem, leżał już w hamaku. Zgasiła lampę i weszła do dużego pokoju z lewej strony korytarza, gdzie sypiały obie z matką. W kącie, na stosie mat służących pani Almayer za posłanie, nie było nikogo. Nina zobaczyła matkę schyloną nad wielką, drewnianą skrzynią, której wieko było podniesione. Na podłodze stała łupina z kokosowego orzecha napełniona olejem, z bawełnianą szmatką zamiast knota. Blask kaganka prześwietlał smugi czarnego, woniejącego dymu, otaczając czerwoną aureolą postać pani Almayer. Plecy jej były zgięte, a głowa i ramiona chowały się w wysokiej skrzyni. Widocznie przewracała coś na dnie, bo dochodził stamtąd łagodny dźwięk srebrnych pieniędzy. Nie zwróciła zrazu uwagi na obecność córki. Nina stała obok niej w milczeniu, patrząc na małe woreczki z grubego płótna ustawione na dnie skrzyni. Pani Almayer wyjmowała garściami błyszczące guldeny i dolary meksykańskie78; rozwarłszy dłonie, patrzyła, jak pieniądze sypią się z powrotem do skrzyni przez jej krogulcze palce. Upajała ją dźwięczna muzyka srebra, a w oczach jej odbijały się błyski nowych monet.
— Ten worek, i drugi, i jeszcze jeden! — mruczała z cicha. — On mi da jeszcze więcej — da mi tyle, ile zażądam. On jest potężnym radżą, synem Niebios, a ona będzie wielką rani79 To wszystko dał mi za nią! A za mnie nikt nikomu nie zapłacił! Jestem tylko niewolnicą. Nie! Ja jestem matką wielkiej rani!